Wspomnienia

ze spotkań

z śp. Andrzejem Panusiem

 

 

Ostatni raz był na spotkaniu "Arki" 9 listopada 2015 r.

Tematem była rewizja Przymierza. Andrzej wyraził swoje pragnienie złożenia Przymierza stałego.

Parę dni później spotkał się z o. Henrykiem i mówił mi, że ta rozmowa przyniosła mu wiele pokoju.

Podczas ostatniego pobytu w szpitalu często do siebie dzwoniliśmy. Mimo że choroba bardzo go osłabiła fizycznie wciąż interesował się wspólnotą, pytał, co u nas. Nie miał żadnych kłopotów z pamięcią czy zorientowaniem w osobach, miejscu, czasie, czy postrzeganiu rzeczywistości. Cieszył się z naszych wizyt, czekał na nie.

Kilka tygodni przed śmiercią rozmawialiśmy telefonicznie. Powiedział mi wtedy:

"Kocham Jezusa. Jest we mnie Jego miłość do wszystkich.

Kocham też Hanię i Rysia.  Jestem szczęśliwy".

 

Odszedł do Jezusa Miłosiernego, do którego miał wielkie nabożeństwo i ufność.

 

------------------------

Zacznę od słowa, które jest teraz tak rzadko używane – „człowiek poczciwy”. W tym określeniu zawiera się cała prawda o Andrzeju. Odszedł od nas człowiek poczciwy, czyli: uczciwy, sprawiedliwy, wierzący, współczujący, pracowity, cierpliwy - po prostu dobry. Do końca był z Bogiem, mimo takiego cierpienia nie zatracił wiary. Dlatego żegnamy go z wielkim bólem, a pamięć o nim pozostanie w naszych sercach i modlitwie.

                      Helena Borko

 

Odwiedzaliśmy w szpitalu Andrzeja dość często. Jak dał radę mówić, to witał z radością i wypytywał nas o wszystko. Na pytanie, a co u ciebie słychać, jak ty się czujesz? Odpowiadał:
- dobrze, tak ma być.

Mówiliśmy mu, że nasza wspólnota pamięta o nim w modlitwie
– jestem wszystkim wdzięczny – odpowiadał.

Najbardziej wspominam jedno ze spotkań po świętach Bożego Narodzenia. Andrzej czuł się bardzo źle – miał trudności z mówieniem, dużo spał. Postanowiliśmy szybko wyjść, by go nie męczyć. Zareagował, jednak, prosząc byśmy przy nim usiedli. Czułam się bezradna widząc go w takim stanie, zastanawiałam się, jak go wesprzeć, jak wzmocnić. Zaczęłam cicho nucić <Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj… w Betlejem…>, dołączył do mnie mój mąż. Z wrażenia słowa i zwrotki nam się myliły, poczułam się głupio, zażenowana, ale nagle Andrzej zaczął się cichutko śmiać i powiedział – śpiewajcie, więc zaczęłam z większą odwagą następną kolędę <Oj maluśki, maluśki, maluśki,….>
I usłyszeliśmy głośne: Papież. Tak, Andrzeju, to śpiewali górale naszemu Papieżowi.

Jola i Andrzej Grochowscy