WAKACYJNA ZABAWA W KÓŁKO I KRZYŻYK

Siedzimy przed domem sołtysa i jemy przygotowany przez niego bigos. Stara matka, sołtys z żoną, córki z mężami i wnuki. Kot przechadza się po stole i upaja się zapachem obiadu. Dzieci biegają wokół pobliskiego kasztanowca i bawią się zabawką na baterię w kształcie węża. Nazwały ją „śpiewającą kupą”. Śmieją się i uruchamiając ją na zmianę. Siedzący przy stole dorośli żywo dyskutują. Kilkuletnia Rózia przygląda się temu wszystkiemu i rysuje.
 - Wytłumacz nam Róziu, co narysowałaś?
 - To są kręcące się krzyżyki i lecąca strzała, tam kotek a tu dziadek ateista.
Zrozumiałem, że te cztery krzyżyki to my: stara matka, żona sołtysa, mąż jednej z córek i ja - katolicy różnej maści, którzy zawzięcie dyskutowali o problemach Kościoła. Każdy inaczej rozumie chrześcijaństwo. Każdy co innego w Kościele krytykuje i co innego chwali. Ale jednak w mniemaniu Rózi zasłużyliśmy na podobne krzyżyki. Jedynie mąż „nacjonalista”, który sam siebie nazywał patriotą, oznaczony został nieco inaczej. Natomiast dziadkowi, czyli sołtysowi, trafiła się literka „A” – też w kółku, czyli kręcąca się czy też wirująca literka zamiast krzyża. Rózia wiedziała, że ma niewierzącego dziadka. Zagadkowa była druga literka „A” narysowana w lewym dolnym rogu kartki. W tym miejscu siedziała Rózia. Ale nikt nie miał odwagi zapytać, kogo ona oznacza.
Sołtys jest dobrym człowiekiem i wnuki bardzo go kochają. Kochają też babcię, która opowiada o pielgrzymce do Ziemi Świętej i prababcię zasłuchaną od rana w audycje Radia Maryja. Ciekawy musi być nasz świat w oczach małego dziecka. Myślą, że krzyżyk i literka „A” to tylko taka gra, zabawa ludzi dorosłych. Kręcą się wokół siebie i tylko czasem rzucą strzałą niewiele znaczących słów.
A dzieci wciąż biegają wokół drzewa śmiejąc się i grając w "śpiewającą kupę".
Na drugi dzień odwiedziłem rodziców Rózi w pięknym domu zbudowanym na malowniczym wzgórzu. Już od samego rana Rózia zajmowała się swoją twórczością artystyczną. Tym razem budowała coś z klocków i ustawiała przy nich figurki zwierząt. Nic z tego nie rozumiałem.
- Wytłumacz mi Róziu co ten hipopotam tu robi?
- Je śniadanie.
- A ten ptak i te czerwone klocki?
- To nie ptak tylko orzeł – odpowiedziała. Rozmawia przez telefon komórkowy. A te czerwone to są kręcone schody prowadzące na górę.

Potem przyniosła mi hipopotama na talerzu. Wziąłem zabawkę do ręki i pytam:
- Co mam z nim zrobić?
- Zjedz go.
- Nie da się go zjeść, bo jest z plastiku – odpowiedziałem.
- No to udawaj, że jesz.
My dorośli potrafimy dobrze udawać i dzieci o tym wiedzą. Odegrałem więc scenę jedzenia plastikowej zabawki, ale najwyraźniej moje udawanie było mało przekonujące, bo Rózia spojrzała na mnie z politowaniem i zasiadła do talerza z jajecznicą.

 o. Wojciech Żmudziński SJ

Białystok, 04.VI.2018