ŚWIADECTWO O. RYSZARDA FRIEDRICHA SJ

Powiedziane  29 lipca 2018 r., do uczestników spotkania 
z okazji Jubileuszu 35 lat istnienia Wspólnoty Życia Chrześcijańskiego w Białymstoku.

Ponieważ mam powiedzieć świadectwo, chcę powiedzieć coś od siebie, coś co nie będzie nauczaniem czy pouczaniem…

Tak się złożyło, że WŻCh rzeczywiście wpisało się w moje życie zakonne i kapłańskie. Jak przyszedłem na teologię, w 1984, jako kleryk, spotkałem o. Adama [Schulza] i zostałem przez niego wprowadzony w świat rekolekcji, świat WŻCh, spotkań, formacji. I w czasie tych kilku lat, najpierw, jako kleryk, potem jako ksiądz, poznawałem różnych ludzi, również członków młodego WŻCh z Białegostoku, którzy wtedy przyjeżdżali często i gęsto do Warszawy, na różne spotkania formacyjne i rekolekcje.  Do dzisiaj pamiętam i mam kontakt, może nie z, wieloma, ale przynajmniej z kilkoma osobami, które już najczęściej nie są dzisiaj w WŻCh.

Podczas studiów zagranicznych kontakty się trochę rozluźniły, ale odnowiły się, kiedy wróciłem, pracując najpierw w Warszawie a potem w Gdyni, w Domu Rekolekcyjnym. Znowu spotykałem rozmaite osoby z Białegostoku, które przyjeżdżały na rekolekcje, niektóre relacje prowadzenia, czy asystowania duchowego trwają do dziś.  

Gdy zostałem ekonomem Prowincji, to z różnych względów, również praktycznych, jako że wtedy dużo jeździłem, zostałem formalnie asystentem WŻCh w Białymstoku. I tak trwało to szesnaście lat, dopiero ostatnie cztery lata są inne, kiedy mam już mniejszy kontakt z WŻCh.

Co mogę powiedzieć o tych szesnastu latach? Moje przyjazdy, zwłaszcza na początku, nie były częste.

Przyjeżdżałem dwa, trzy razy do roku. Dopiero w ostatnich latach, kiedy już myśleliśmy, aby otworzyć tutaj nasz dom, kiedy zaczęły się rekolekcje w ciągu życia, tych przyjazdów było więcej.

Czego więc doświadczyłem?  Potrzeb ludzi. Doświadczyłem jak bardzo tutaj tęsknicie, czekacie na księdza, na kapłana, na asystenta, na kierownika duchowego. I to mnie uczyło. Muszę powiedzieć, że jak patrzę na to co dałem i na to co otrzymałem, to obawiam się, że niestety więcej wziąłem niż dałem.  Przynajmniej takie jest moje doświadczenie.

Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że nie mogę przyjeżdżać na pół dnia – czyli rano przyjechać, wieczorem wyjechać. Zaczęły się spotkania dwudniowe, czasem trzydniowe, sporo z nich było wyjazdowych, często w ośrodku w Hermanówce, w na początku w bardzo prowizorycznych warunkach. Spotkania miały rozmaite formy, były spotkania bardziej otwarte, dla sympatyków, dla rodzin, dla znajomych; był czas intensywnej pracy formacyjnej, były prowadzone rewizje i rozeznania. I to co było chyba najważniejsze - co było dobrym, ale nieraz i trudnym, doświadczeniem dla mnie – że przy każdym moim pobycie w Białymstoku otrzymywałem całą listę osób, które chciały indywidualnie porozmawiać.

 I mój wysiłek wkładany w takie osobiste spotkania, które najczęściej były po prostu kierownictwem duchowym, odbieram jako bardzo istotny element formacji tutaj prowadzonej.  

Wczoraj były bardzo ładnie zaprezentowane Wasze działania apostolskie, pokazane na slajdach, przezroczach.  Przypomnieliście jak wiele tutejsze WŻCh działało. Ale w mojej opinii nie działałoby tak –

i to nie zostało pokazane na tych slajdach - gdyby nie ciągła praca formacyjna.

I dlatego, kończąc już to moje świadectwo, chcę powiedzieć, że WŻCh musi stać na dwóch nogach, czyli musimy żyć i formacją, i apostolstwem. Jeżeli weszlibyśmy zbyt szybko do apostolstwa, bez głębszych podstaw wypracowanych w formacji, bez umiejętności duchowego oddechu z Panem Jezusem, powstanie szybko poczucie wypalenia. Oczywiście, można i przesadzić w drugą stronę, co też nieraz widziałem: można się nieustannie formować, i ciągle nie czując się uformowanym, nie podejmować żadnego apostolstwa, czy przynajmniej większego apostolstwa. Co też oczywiście nie służy, bo nieraz można się udusić w takiej formacji i nie wydać żadnego owocu.

Czy tutaj, w Białymstoku udało się zachować równowagę między formacją i apostolstwem – to już raczej pozostawię ocenie innych.

Dla mnie osobiście te szesnaście lat bycia asystentem było bardzo ważne. Był to czas przygotowywania się jezuitów do otwarcia tutaj naszej placówki. A to przygotowywanie było i jest nie tyle wizją samych jezuitów, ale raczej odpowiedzią na potrzeby i pragnienia ludzi, którzy chcą tutaj formacji w duchowości ignacjańskiej. W te działania sporo się zaangażowałem i myślę, że przyłożyłem cegiełkę w obecne, konkretyzujące się plany powstawania naszego ośrodka.

Dziękuję Wam za te lata spędzone razem.

Ryszard