WŻCH Z WIZYTĄ W JAŁÓWCE

Jałówka to bardzo rozległa, ale niewielka parafia w pobliżu granicy z Białorusią, nieco na południe od Bobrownik. Nie wiadomo dokładnie skąd ani kiedy wzięła się jej nazwa. Może od rzeczki, która przez nią przepływa, może od zarośli jałowca, które w tej okolicy gęsto kiedyś porastały jej brzegi, a może…, jak chcą inni, od jałowej, nieurodzajnej ziemi, na której znajduje się obecnie niewielka wieś, a kiedyś kresowe miasteczko. Kresy wywołują nostalgiczne i dramatyczne wspomnienia. Akurat tego w Jałówce nie brakuje. Te tajemnice odkrywaliśmy w drugim dniu Jubileuszu 100-lecia Niepodległości w ramach WŻCH-owskiej wyprawy.

Malownicza droga z Białegostoku do Jałówki nie zajęła nam długo. Duża jej część wiedzie przez piękne tereny puszczy. Sama miejscowość mieści się w małej dolince rzeki, pomiędzy otaczającymi ją lasami.

Najpierw odwiedziliśmy proboszcza - ks. Roberta Jacka Kollera. Potem z nim nawiedziliśmy pierwszy kościół w Jałówce - Przemienienia Pańskiego, który budowany przez katolików, zabrany przez carat w ramach represji popowstaniowych, wrócił do nich ponownie po odzyskaniu niepodległości. Wewnątrz znajduje się m.in. obraz Matki Bożej „Powstańczej”, przed którym modlili się podobno powstańcy walczący z rosyjskim okupantem. Na zewnętrznej ścianie znajduje się tablica upamiętniająca śp. ojca Edmunda Roszaka SJ, jezuitę, proboszcza Jałówki w latach 1941-1943, zamordowanego przez niemieckich najeźdźców.

Drugi kościół, położony po przeciwnej stronie wioski, jest w ruinie. Odpowiedzialni za to są Niemcy wycofujący się po klęsce na froncie wschodnim. Nigdy nie został odbudowany. Pomodliliśmy się wśród ruin i zostawiliśmy zapalony znicz w miejscu głównego ołtarza. Kościół wygląda jak człowiek, któremu wydarto serce.

Warto zwrócić uwagę na ciekawostkę, która znajduje się w przewodnikach turystycznych. Oto na cmentarzu katolickim, wśród starych nagrobków znajdują się groby… członków rodziny Bohatyrowiczów. Jeszcze jedna tajemnica?

Jałówka przywitała nas chłodną, zamgloną jesienną aurą. Szybko jednak rozgrzaliśmy się na plebanii u gościnnego księdza proboszcza. Gorąca herbata i doskonała kawa z włoskiego ekspresu zrobiły swoje. Wyjeżdżaliśmy nie tylko rozgrzani i z ciepłymi uczuciami, ale i obdarowani torbą pełną marynowanych i suszonych grzybów.

Wracając do Białegostoku, zapragnęliśmy jeszcze skosztować lokalnych przysmaków. Możemy z całą pewnością polecić „Gospodę” w Michałowie. Ponieważ desery powinny być „home made”, dlatego, już definitywnie wracając do domu, wstąpiliśmy do gościnnego domu Oli i Krzysia Popławskich. Co, ile i jak tam było, niech każdy sobie wyobrazi. (Koniec części I)

WŻCHMagnificat

Białystok, 13.11.2018 r.