PRAWDZIWE KONIE,
   PRAWDZIWE SANIE…

2 lutego, przed południem w zimową sobotę wybraliśmy się liczną grupą (27 osób) na wcześniej wymarzony kulig. Okolice Białegostoku były pokryte śniegiem, mimo dodatniej temperatury przez ostatnie dwa dni. Spodziewaliśmy się świetnej zabawy, bo przecież kulig to „prawdziwe konie, prawdziwe sanie..,” – jak powtarzała z radością Tereska.
Ciepło ubierani i z nastawieniem na przygodę, wyjątkowo punktualnie zebraliśmy się przy „Stajni Sowlany”. Już czekali powoźnicy z przygotowanymi saniami, zaprzężonymi w potężne konie rasy „sokólskiej”. Ze śmiechem zajęliśmy swoje miejsca. Wyruszyliśmy „z kopyta” po nierównej, wyboistej, chociaż ośnieżonej drodze. Stopniowo zostawialiśmy za sobą budynki wsi i wjeżdżaliśmy do pokrytego białym „puchem” lasu. Przy niektórych ostrych zakrętach krzyczeliśmy, piszczeliśmy i wybuchaliśmy śmiechem, podtrzymując siebie nawzajem. Podziwialiśmy okoliczny krajobraz, wsłuchując się w odgłosy dzwoneczków znajdujących się przy uprzęży koni. Niezwykle piękna zimowa sceneria wiele osób wprowadzała w melancholię, w zachwyt, oraz była wspomnieniem z przeżyć z dzieciństwa.
Gdy znaleźliśmy się w środku sosnowego lasu, zaraz przewoźnicy zaprosili nas do ogniska i pieczenia kiełbasek. Dziwne…, jacy byliśmy głodni! Nikt nie odmówił zaproszenia, tylko dzieci wraz z Jolą z zapałem ruszyły do lepienia bałwana. Śnieg był wyjątkowo dobrym, podatnym budulcem. Włączenie się innych dorosłych osób, a szczególnie mam zatroskanych o swoje pociechy, spowodowało szybkie powstanie wyjątkowej rzeźby. Co prawda zaplanowaliśmy ulepić całą rodzinę „bałwanową”, jednak chęć pieczenia kiełbasek zwyciężyła. No i cóż? Został tylko jeden. Ale to nic straconego, zrealizujemy plan następnym razem.
Podjadając przy ognisku, rozmawiając w różnych grupach, podgrupach zauważyliśmy obecność ślizgawek. Nadarzyła się okazja do pozjeżdżania, ale jak, na czym? Okazuje się, że poradziliśmy sobie według znanej zasady: „dla chcącego nie ma nic niemożliwego”. Na początek nieśmiało, a potem z odwagą i z pomysłowością zjeżdżaliśmy na tym, co się dało. Wykorzystaliśmy własne buty – obcasy wysokie też nie przeszkodziły, niektórzy zjeżdżali na własnych plecach i nie tylko, znalazł się tekturowy karton, który wykorzystaliśmy aż do jego całkowitego rozpadu. Była to wyśmienita zabawa z poczuciem wolności, radości i poczucia bycia stale „dzieckiem”, niezależnie od faktycznego wieku.
Znowu wsiedliśmy do sań i ruszyliśmy w powrotną drogę, wsłuchując się w odgłos dzwoneczków. W Sowlanach czekała na nas babka ziemniaczana, smalec z wiejskim chlebem, kawa, herbata… itd. Nagrzaliśmy się przy kominku, pośpiewaliśmy i z nowymi przeżyciami wyruszyliśmy do własnych domów. To jednak nie był jeszcze koniec niezwykłych atrakcji w ten wyjątkowy, świąteczny dzień Ofiarowania Pana Jezusa w świątyni. Wieczorem mieliśmy się znowu spotkać, a tym razem w domu jezuitów, na nocy filmowej.

WŻCH Magnificat

Białystok, 6 II 2019