MOJA BABCIA I KWIATY
Moja babcia urodziła się w 1920 r. i już w najbliższym czasie rozpocznie – jak Bóg da – 99 rok życia. Coraz jest słabsza i wymaga większej opieki. Bardzo źle znosi niemożliwość samodzielnego funkcjonowania.
Wieczorem, przed spaniem, zaczepiałam ją tak, jak kiedyś w dzieciństwie. Dotykałam swoim nosem jej nosa, robiąc różne miny, pocierałam jej policzek swoim. Tym razem nie reagowała, siedząc równiutko na brzegu swojej wersalki. Patrząc przed siebie, jakby od niechęcenia, powiedziała:
- Ja „TAM” już idę….
Zaskoczona tymi słowami, powtórzyłam je:
- Już „TAM” idziesz, babciu?
- Tak! Idę! Ale tylko nie wiem, co ja „TAM” będę robiła?
Zrozumiałam, co ma na myśli. Odczułam niepokój w jej głosie. Starając się mówić z największą łagodnością, jaka może istnieć w świecie, a może we wszechświecie, zapytałam:
- A co chciałabyś „ TAM” robić?
- Kopać, sadzić, siać kwiaty i je pielęgnować… - odpowiedziała bez wachania, z ożywieniem i z nutką czułości.
- Lubisz kwiaty, babciu! - stwierdziłam. - A jakie najbardziej? Bo pamiętam, że w naszym ogrodzie zawsze było ich dużo, a najwięcej różnokolorowych lilii. Podczas ich kwitnięcia, a szczególnie po deszczu, zapach rozchodził się po całej okolicy. Były piękne.
- Wszystkie kwiaty lubię – odpowiedziała zdecydowanym głosem, uśmiechając się, jakby miała je przed sobą.
- Wszystkie kwiaty…! - powtórzyłam cicho, z zamyśleniem. I nagle zrobiło mi się smutno, płakać się zachciało. Bez zastanowienia, odważnie zakomunikowałam:
- Wiesz babciu, jak ja dojdę do Ciebie, to Ci pomogę…
Jeszcze nie zdążyłam dokończyć zdania, a już usłyszałam szybkie i głośne:
– Nie! – i po chwili -Jak ty dojdziesz, to już ogród będzie caaały w kwiatach.
Po raz pierwszy babcia spała spokojnie całą noc. A ja, otrzymawszy znowu porcję miłości, z rozrzewnieniem, dziękowałam Bogu za dar niezwykłej osoby w moim życiu.

Jola Żero-Grochowska, Białystok, 6.02.2019