NIEZWYKŁA NIEDZIELA

W poranną niedzielę, dnia 26 maja br., spotkaliśmy się wraz ze swoimi rodzinami, przyjaciółmi w domu jezuitów (DJ) na mszy św., którą oczywiście odprawił o. Henryk Droździel. W liturgii wszyscy braliśmy aktywny udział wraz z najmniejszymi dziećmi, które są radością dla wspólnoty.
Rozpoczęliśmy liturgię - niezwykle żywo i radośnie, śpiewając: „ Głoś imię Pana, Króla Wszechmocy i chwały. Złącz się z chórami…”. Treść i przesłanie pieśni wpłynęło (tak myślę) na ducha homilii o. Henryka. Podkreślał on entuzjazm i radykalizm pierwszych chrześcijan w pójściu za Panem Jezusem, naśladowanie Go całkowicie w postawie wzajemnej miłości. Mówił o normalności ich życia wspólnotowego w przeżywaniu różnych trudności, problemów związanych z życiem w tamtych czasach – może większych niż naszych (niebezpieczeństwo utraty życia). Mówił o różnicy zdań między nimi w poważnych kwestiach dogmatycznych, moralnych, ale też w codziennych, zwykłych relacjach. Jednak to, co ich wyróżniało od innych, to wzajemna miłość, wyrozumiałość, troska o jedność mimo różnic, wytrwałość w głoszeniu Dobrej Nowiny. Widocznym owocem ich życia było m.in. powstawanie nowych gmin chrześcijańskich.
W związku z Dniem Matki zakończyliśmy liturgię pieśnią pt. „Była cicha i piękna jak wiosna”. Nazywaliśmy Matkę Bożą naszą mamą, oddawaliśmy pod jej matczyną opiekę siebie, nasze dzieci, najbliższych, a szczególnie nasze mamy. To bycie razem, wspólnotowo, wokół osoby Pana Jezusa i Matki Bożej sprawiało, że jeszcze długo, z pogodnymi twarzami i z zamyśleniem (nawet dzieci) nie chcieliśmy się rozstawać.
Czas nieubłaganie płynie, więc po liturgii część z nas wybrała się do swoich domów, nasz asystent wyruszył do Świętej Lipki, a część postanowiła jeszcze razem spędzić czas na wędrowaniu po Parku Narwiańskim. Jest to blisko Białegostoku, jak mówimy: „rzut beretem”. Samochodami, pod przewodnictwem Joli i Andrzeja – bo oni już wcześniej te tereny poznali, zajechaliśmy do miejscowości Śliwno. Tam posililiśmy się co nieco wcześniej przygotowanymi kanapkami, kiełbaskami swojej roboty, popijając z termosów kawę i herbatę. Nabraliśmy sił i wyruszyliśmy drewnianą kładką, ciągnącą się prawie 2 km, w stronę Waniewa. W drodze towarzyszyły nam delikatne słońce, wiatr muskający nasze twarze, śpiew ptaków, a w górze latające bociany i nie tylko. Zachwycaliśmy się widokiem ogromnej przestrzeni doliny Narwi.

Doświadczyliśmy też, według starego przysłowia: „Swój swojego zawsze spotka”, niespodzianki. Jakie było nasze ogromne zaskoczenie, gdy pośrodku doliny, na kładce, spotkaliśmy jadącą na rowerze Ewę Poleszak z warszawskiej WŻCh. Ogromna radość – przecież widzieliśmy się tydzień temu w Otwocku na Zjeździe Krajowym, a teraz tu… nad Narwią. Pod wrażeniem spotkania rozstaliśmy się, by dalej realizować swoje plany dnia, ale z doświadczeniem jeszcze większej jedności i bliskości Wspólnoty.
Jakby było nam jeszcze mało wrażeń, wyruszyliśmy w inne miejsce doliny Narwi – tam, gdzie jest zerwany most w Kruszewie. I znowu piękne widoki. Susza spowodowała, że wyjątkowo mogliśmy przejść się po torfowiskach „suchą stopą” i wąską ścieżką, wśród wysokich trzcin, podejść do miejsca, w którym rzeka Narew malowniczo się rozgałęzia. Jeszcze zrobiliśmy trochę zdjęć na pamiątkę i z rozmarzeniem, wdzięczni Bogu i sobie nawzajem, z następnymi planami wspólnego wędrowania, wyruszyliśmy w stronę naszych domów.

Jola Żero-Grochowska, Białystok, 29.05.2019