JEST TAKA MIŁOŚĆ...

Na rekolekcjach ignacjańskich byłam już nie jeden raz, ale nigdy w Falenicy ani jako wolontariusz. Intrygujące dla mnie było hasło rekolekcji: „Winda”, „bo mają pomóc tym, którym trudno jest chodzić, wznieść się ku Bogu. Jak pisała święta Teresa z Lisieux: ...teraz nie wymaga już wysiłku wchodzenie po stopniach schodów, u ludzi bogatych z powodzeniem zastępuje je winda. Ja także chciałabym znaleźć windę, aby wznieść się aż do Jezusa, gdyż jestem za mała, żeby wspinać się po stromych schodach doskonałości”. Pomyślałam, że być może to coś dla mnie, bo choć jestem pilotem balonowym, co można czasem kojarzyć z operatorem windy, zwłaszcza przy lotach na uwięzi (góra-dół) to podzielam pragnienie świętej Teresy znalezienia takiej windy, którą można wznieść się z łatwością do Jezusa.

W ostatnim tygodniu lipca (wracając po pracy do domu) na klatce schodowej dopadło mnie bardzo intensywne uczucie tęsknoty… Wtedy pomyślałam: „co to jest? czego ja pragnę?” i odpowiedź przyszła natychmiast - „chciałabym przeżyć przygodę”. Podzieliłam się tym ze swoim kolegą, a on zareagował zdziwieniem: „mało ci przygód?”. (Wróciłam akurat z zawodów balonowych, które organizowałam w ramach Balonowego Pucharu Polski) …ale nie za taką przygodą tęskniło moje serce.

Po trzech tygodniach od tego momentu pojechałam do Falenicy na rekolekcje i jak się okazało przeżyłam przygodę bardzo wyjątkową, jakby w potrójnym wymiarze, która nasyciła moje serce.

Po raz pierwszy pomagałam osobie z niepełnosprawnością, a za sprawą szkolenia, gdzie rehabilitant zademonstrował podstawowe techniki pomocne przy opiece nad osobą na wózku i stworzył możliwości ich przećwiczenia, poczułam się na starcie odważniejsza wchodząc w rolę wolontariuszki. Osobą, której pomagałam wespół z Marysią i Krzysztofem była jeżdżąca na wózku Basia, petarda radości… nazwałam ją „swoim” bobaskiem ze względu na specyfikę czynności, które przy Basi wykonywałam. Wielką radością było obcowanie z Basieńką i Panem. Użyczyłam Jezusowi swoich rąk, nóg i kręgosłupa by mógł zaopiekować się swoim wyjątkowym dzieckiem. Dziękuję Mu za taką okazję: bycia użyteczną i doświadczania na tyle bliskiego kontaktu z osobą, której radość i ufność Bogu ujawniło moją (raczej) przeciętność w tym względzie, a co za tym idzie potrzebę magis.

Odbyłam wędrówkę z Pasterzem ku Wyżynom. Kiedy siedziałam przy studni z Jezusem (bo pierwszą medytacją na rekolekcjach była „Samarytanka przy studni”), poprosiłam Go, aby opowiedział mi moje dotychczasowe życie, pomógł mi zobaczyć prawdę o moim życiu, dał mi żywej wody. Odpowiedział na moją prośbę treścią książki „Jak nogi łań na wyżynach”. Wzięłam ją z parapetu, na którym organizatorzy wyłożyli różne publikacje na czas rekolekcji. Szczerze wszystkim polecam, bo… z opisu na książce: „Aby dotrzeć na upragnione Wyżyny Strwożona musi wpierw przezwyciężyć dręczące ją lęki. Osiąga to przez ochotne poddanie swojego życia Arcypasterzowi oraz podążanie za Nim nawet wtedy, kiedy nie wie, dokąd ją prowadzi, lub kiedy widzi to dokładnie i nie chce tam się udać. Towarzysząc Strwożonej w jej duchowej podróży zrozumiesz w jaki sposób Pan działa w życiu swoich dzieci, przemieniając ich słabości w moc, a ich lęki w wiarę. Oczekuj świeżego objawienia na temat piękna i wspaniałości Bożych dróg!”

Cała droga spotkań z Panem podczas kontemplacji Słowa Bożego, to trzeci wymiar przygody, o których dużo by pisać… więc tylko o tym wspominam. Polecam wszystkim żądnym przygód taką rekolekcyjną wyprawę.

Serce się rozszerza, kochać i służyć się chce, bo naprawdę

„ Jest taka miłość która godzi ogień z wodą

I wolność taka co dla swej woli zamyka drogę

Jest taka radość która pulsuje milczeniem

I pewność taka co się upewnia nierozumieniem”*

(*Bożena Anna Flak „ Rozmowa ze Świętym Józefem”)

Białystok, 16.09.2021, Marzena Zubrycka