Wspólnota

 

                /.../  Człowiek wszystko przeżywa we wspólnocie. Nie jest dobrze, aby człowiek był sam...1 - czytamy w Księdze Rodzaju tuż po opisie stworzenia człowieka. Starożytny zaś filozof Arystoteles określa człowieka mianem /.../ (physei politikon zoon) — istota z natury dążąca do życia społecznego2. Człowiek żyje i z natury żyć musi w ludz­kich zbiorowiskach. Jednakże ludzkie zbiorowiska kierują się tylko w ograniczonym stopniu instynktem stadnym, tak jak to jest u zwierząt. Człowiek w dużej mierze sam kształtuje życie w „ludzkim stadzie". On sam nadaje mu reguły, rozdziela prawa i obowiązki. Oczywiście, nie są one arbitralne, lecz wynikają z ludzkiej natury. Przypad­kowa ludzka grupa wraz z jej regułami jest dziełem instynktu i pewnej wypadkowej, biorącej się ze starć i konfliktów oraz ustaleń wynikających albo z przemocy, albo z kompromisu. Wspólnota natomiast jest zasadniczo dziełem wolności, świadomym wyborem i podporządko­waniem się pewnej, duchowej hierarchii wartości, którą wybiera się jako własną. Wolne osoby wybierają tę samą drogę, aby nią wspólnie iść. Łączą je te same wspólne wartości, ten sam cel, a niekiedy i ta sama osoba, która je prowadzi, albo która jest dla nich wzorem.

                Specyficzną wspólnotą jest wspólnota chrześcijańska. Gromadzi ona wolnych ludzi, którzy uwierzyli w Ewan­gelię, czyli w Jezusa Chrystusa jako ich Zbawiciela. Ewangelia nie jest niczym innym jak ogłoszeniem Kerygmatu, to znaczy Dobrej Nowiny, że to Jezus z Nazaretu ukrzyżowany i zmartwychwstały jest Zbawi­cielem. Nie chodzi tu tyle o fakt, że jest Zbawicielem świata w ogóle, owszem, to też prawda, ale że jest moim Zbawicielem. Wspólnota chrześcijańska bowiem nie jest oparta o ideologię, czy jakąś teorię. Ona wyrasta z wyda­rzenia, przez które każdy, kto chce być chrześcijaninem, z osobna musi przejść. Nikt nie wejdzie do tej wspólnoty, jeżeli sam osobiście nie spotka się z Jezusem jako jego Zbawicielem. Brak tego doświadczenia sprawia, że ideologizuje się chrześcijaństwo, że czyni się zeń filozo­fię, czy system moralny. Owszem, i filozofia, i moralność mają swoje miejsce w chrześcijaństwie, ale ono samo nie jest ani tą pierwszą, ani tym drugim. Jest osobistą relacją z Jezusem i wejściem wraz z Nim i przez Niego w taje­mnicę Boga, który, jak pisze św. Jan,  jest miłością3.

                Wspólnota chrześcijańska nie buduje się tak jak inne ludzkie grupy, czy stowarzyszenia. Tym, co sprowadza do niej jej członków nie są ani ich zainteresowania, ani mniej czy więcej jednakowy poziom inteligencji, ani znajomość tego samego języka, ani ten sam wiek, czy cośkolwiek innego w tym rodzaju. Wręcz przeciwnie, w prawdziwej wspólnocie chrześcijańskiej w zasadzie wszystko powinno dzielić, a tylko jedno łączyć. Im więcej w niej podziałów, tym większe szansę ma ona, aby stała się wspólnotą prawdziwie chrześcijańską. Wystarczy spojrzeć jak Jezus budował pierwszą wspólno­tę chrześcijańską, jakich ludzi wybrał, aby byli dlań tworzywem. Jeśli przyjrzymy się tym, którzy mieli stanowić trzon tej wspólnoty, tzn. Dwunastu, to okaże się, że tak naprawdę nie tylko niewiele ich łączyło, ale iż przebiegały pomiędzy nimi takie podziały, które w tam­tejszych czasach wydawały się nie do przezwyciężenia. Znajdziemy tam bowiem i Szymona zelotę, (którego przydomek błędnie bywa tłumaczony jako gorliwy, chyba że tłumacz miał tu na myśli gorliwość polityczną aż do terroryzmu włącznie, bo takimi byli właśnie zeloci) ale i celnika Mateusza, sługusa Rzymian, kolaboranta i wy­zyskiwacza własnych ziomków, a takich zeloci tępili wszystkimi dostępnymi metodami. Znajdziemy tam też Judę z Kariotu, Judejczyka, prawdopodobnie wykształco­nego niezgorzej i mającego bardzo jasne poglądy teolo­giczne, także na rolę Mesjasza, jak też całą rzeszę Galilejczyków, którymi w Judei pogardzano. Będzie tam i Jakub Starszy, tradycjonalista żydowski, i Filip z Betsaidy mający nie tylko greckie imię, ale i sympatyzujący z Grekami, a więc mówiąc językiem współczesnym, progresista. Wreszcie były pomiędzy Dwunastoma spore różnice wieku: za najmłodszego uważa się Jana, który był ponoć nastolatkiem, ale znajdowali się w tym gronie również ludzie żonaci, z własnym małym przedsiębiorstwem, jak choćby Piotr, rybak, który miał własną łódź, a może i kilka, co wtedy nie było mało. Wszystkie te różnice mogły tamtą pierwszą i wzorcową wspólnotę chrześcijańską rozsadzić, więcej, rozsadzały ją. W Ewan­geliach kilkakrotnie znajdujemy zapis kłótni i sporów pomiędzy uczniami: o to kto jest najważniejszy4, o to, kto w przyszłym Królestwie Jezusa zajmie pierwsze miejsce...itd.

                W każdym z tych momentów wkracza Jezus i w każ­dym z nich wskazuje na siebie jako na rozwiązanie. Na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu...To Jezus łączy tych wszystkich ludzi i uczy ich dzień po dniu podstaw wspólnoty chrześcijańskiej. Mówi im: Nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i ustanowiłem was...7

            To Jezus uczynił ich i nas wspólnotą. On ją ustanowił i nadał jej taki a nie inny kształt. Trzeba sobie bardzo jasno uświadomić, że wspólnota chrześcijańska nie jest naszym dziełem. To Jezus wybiera każdego i włącza go w konkretną wspólnotę... To On nadaje kształt tej wspólnocie poprzez ludzi, których wybiera i poprzez swoje Słowo, które ją ożywia i kształtuje. Bardzo żywa była ta świadomość w Kościele pierwotnym. Dla św. Pawła chrześcijanie to zawsze /.../ (koinonia en Christo) - wspólnota w Chrystusie. Zaś św. Ignacy Antiocheński ciągle będzie podkreślał, że chrześ­cijanie są  /.../  (koinonoi) - współuczestnikami „w Chrystusie", „przez Chrystusa" i „z Chrystusem", Wszystkie nasze ludzkie zabiegi, aby konkretną wspólno­tę chrześcijańską uczynić lepszą, aby przyspieszyć jej rozwój, są względne, zwykle płonne, a niekiedy nawet niebezpieczne, bo też tak naprawdę to nie one ją budują. Można by tu zająć się wieloma konkretnymi sposobami ulepszania wspólnoty chrześcijańskiej i pokazywać ich względność i niebezpieczeństwa. Dla przykładu wymienię choćby usuwanie, czy przenoszenie gdzie indziej niektó­rych, szczególnie niewygodnych członków wspólnoty, terapie psychologiczne, różne dynamiki grup itp. Nie chcę tu powiedzieć, że te sposoby są złe, ale tylko to, że są względne, iż zależą od czegoś znacznie bardziej podstawowego, i że do niczego nie doprowadzą, a mogą nawet szkodzić, jeśli zabraknie im tego fundamentu. Każdy bowiem ma swoją prywatną wizję wspólnoty i chce ją realizować, gdyż wydaje mu się, że wtedy wszyscy będą szczęśliwi. Każdy marzy o takiej idealnej wspólnocie i bywa nieszczęśliwy, że jego konkretna wspólnota nie jest właśnie taką, jak on ją sobie wyma­rzył. D. Bonhoeffer mówi w swoim dziełku „Gemein-sames Leben", że Bóg nienawidzi marzycielstwa, bo czyni ono człowieka pysznym i pełnym pretensji8. Jezus Chry­stus daje każdemu taką wspólnotę, jaka jest mu potrzeb­na.

            ... abyście szli...  i  owoc przynosili. Po co jest wspólnota chrześcijańska? Po to, aby szła i przynosiła owoc, żeby nie stała w miejscu, nie dusiła się we własnym sosie. Wspólnota chrześcijańska to nie miejsce, gdzie chrześci­janin ma się dobrze czuć, ma być dowartościowany i dopieszczony, gdzie ma sycić się stabilizacją i małym, przyjemnym ciepełkiem. Ona ma być ciągle w drodze, ma ciągle zaczynać od nowa (tzn. ciągle przebaczać). Cóż to bowiem za wspólnota chrześcijańska, która pozbywa się jakiegoś swojego członka, bo jej niewygod­ny. To wspólnota, która chce stać, która nie chce iść, która w gruncie rzeczy sprzeciwia się Jezusowi i Jego nakazowi abyście szli-.. i  owoc przynosili.

               Jaki jest podstawowy owoc wspólnoty chrześcijań­skiej, jaki jest pierwszy i podstawowy owoc każdego chrześcijanina, warunek sine qua non, aby być chrześcija­ninem? Przyzwyczajeni do wymieniania ciurkiem chrze­ścijańskich cnót myślimy od razu: miłość, pokora, dobroć... Owszem, to wszystko są owoce chrześcijań­stwa, ale jakby owoce wtórne. One wszystkie są niemo­żliwe, a jeśli mimo to się pojawiają, to są karykaturą samych siebie, jeżeli nie wyrastają z innego, bardziej podstawowego owocu, czy procesu, o który Jezusowi chodzi w pierwszym rzędzie. Jakiż to owoc? Pamiętamy, co mówi Jezus na początku swej publicznej działalności, a raczej jak Ewangeliści reasumują całą treść Jego początkowego nauczania: Czas się wypełnił, bliskie jest Królestwo Boże, nawracajcie się i wierzcie w Ewan­gelię9.  Absolutnie podstawowym owocem i celem wspólnoty chrześcijańskiej jest NAWRÓCENIE. Jezus tak konstruuje każdą wspólnotę chrześcijańską, od tej pierwszej po tę, w której żyję, abym się nawracał. Nawrócić się zaś znaczy: uwierzyć w Ewangelię, czyli w nieskończoną miłość Boga do grzeszników, Jego wrogów, objawioną w Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Z tak pojętego nawrócenia wyrasta cała reszta: i miłość, i dobroć, i pokora, i pokój...

            W nawróceniu rzeczą pierwszą jest odkrycie i uzna­nie, iż jestem grzesznikiem. Jakże bowiem ktoś może uwierzyć w darmową miłość Boga do grzeszników, jeśli nie odkryje i nie uzna, że sam jest grzesznikiem. Można by w tym miejscu pokazywać, jak Jezus prowadził swoich uczniów do odkrywania ich własnej grzeszności, jak pokazywał im z czasem jej odmęty, jak mocno doświadczył jej Piotr, który mimo zapewnień o wierności zaparł się Jezusa, jak głęboko przeżył ją Paweł, chcący służyć Bogu, a przecież prześladujący Jego dzieło. Ten sam proces dokonuje się w każdej wspólnocie chrześci­jańskiej. A że jest to proces bolesny, więc nic dziwnego, że często jesteśmy naszymi konkretnymi wspólnotami sfrustrowani, że szukamy innych, lepszych... Wspólnota chrześcijańska jest najpierw wspólnotą grzeszników, która tak naprawdę nie potrafi kochać, jest wspólnotą egoistów, z których każdy ma swoje prywatne interesy i interesiki, dla których to zabija Jezusa we własnym sercu i w sercu brata, czy siostry. To jest punkt startu. Jeżeli się tego nie uzna, to będzie się naprawiać wspólno­tę od zewnątrz, czyniąc z niej pałac hipokryzji i faryzejstwa.

            Trzeba zabrać się za własne grzeszne, nie nawrócone serce, powiedzieć sobie: tak naprawdę to nie jestem lepszy(a) od najgorszego(ej) brata czy siostry w mojej wspólnocie. Może jestem inteligentniejszy i lepiej się ukrywam, może otrzymałem bardziej staranne wychowa­nie: nie dłubię w nosie i zmieniam codziennie skarpetki, czy zamykam cicho drzwi, albo nie używam niecenzural­nych wyrazów, ale w gruncie rzeczy mam takie samo serce jak on(a), serce egoisty. Trzeba zobaczyć to w sobie bardzo konkretnie aż do bólu. Od tego doświad­czenia wszystko się zaczyna. Ale ponieważ jest ono bolesne, ponieważ jest obumieraniem dla własnych wyobrażeń, bardzo wielu się tu blokuje. Mają pretensje do wszystkich tylko nie do siebie, nie chcą uznać własnej grzeszności. Być może uznają ją w teorii, może nawet mówią o tym wiele i z udaną pokorą, ale kiedy wspólno­ta przypomina im o ich grzechach konkretnych, bronią się, podczas kiedy grzesznym jest się bardzo konkretnie i grzeszy się bardzo konkretnie raniąc siebie i innych.

            Kolejny krok to uwierzyć w Ewangelię. Chrystus mnie takiego ukochał i za mnie takiego umarł, a miłość tę potwierdza każdego dnia. Jeśli Bóg nas tak umiłował- mówi św. Jan - to i my powinniśmy się wzajemnie miłować]0. Jest rzeczą piękną czytać i medytować nad pierwszym listem św. Jana, bo on wykłada nam podstawy wspólnoty chrześcijańskiej.

        Najważniejszą rzeczą, absolutnie pierwszą w relacjach we wspólnocie chrześcijańskiej jest przebaczenie. Chrześ­cijanin prawdziwy to mistrz w przebaczaniu. Jeśli na czymś polega doskonałość chrześcijańska, to przede wszystkim na przebaczaniu. Przebaczanie i prośba o przebaczenie - to pierwsze widoczne znaki nawrócenia - wdzięczność wobec Boga, który mi przebaczył i przebaczenie wobec innych, którzy zawinili tak jak ja. Wspólnota chrześcijańska albo staje się wspólnotą wzajemnego przebaczenia, albo przestaje istnieć, a jeżeli z jakichś racji nadal istnieje, zamienia się w odwrotność tego, czym być powinna. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie11. Fakt, że Bóg mi przeba­czył w Chrystusie, że mnie grzesznika ukochał, jest rzeczą fundamentalną. Jeśli tego nie doznałem wyraźnie, nie będę w stanie przebaczyć innym. Musi się mieć w sobie tę moc Chrystusa, inaczej, jak o tym była mowa wcześniej, cała teoria czy teologia wspólnoty chrześcijań­skiej jest tylko ideologią, jest karykaturą chrześcijaństwa.

            Już Ojcowie Kościoła mówili, że wspólnota chrześci­jańska jest obliczem Ducha Świętego. Jeśli bowiem obliczem Boga Ojca jest stworzenie, a obliczem Syna jest twarz Jezusa z Nazaretu, to obliczem Ducha Świętego jest Kościół wyrażony w konkretnej wspólnocie chrześci­jańskiej. Owa moc Chrystusa, która uzdalnia do przebaczania, to właśnie Duch Święty, który jest duszą wspól­noty, będąc jednocześnie wewnętrznym życiem każdego z jej członków. Jeśli ktoś nie potrafi przebaczać, to niezawodny znak, że nie ma w sobie Duch Chrystusowego, czyli Ducha Świętego. Św. Jan wyraził to w słowach: Jeśli ktoś nienawidzi swego brata, jak może trwać w nim miłość Boża12. Jest bowiem rzeczą niemożliwą, aby ktoś posiadał Ducha Świętego i nie przebaczył. Jeśli więc jest ktoś, komu nie przebaczyłem, nawet gdyby ta osoba nie należała do mojej konkretnej wspólnoty, to znaczy, że tak naprawdę nie spotkałem Chrystusa, że Go nie znam, że nie jestem Jego Ducha, i że w gruncie rzeczy wyko­rzystuję wspólnotę dla swoich egoistycznych celów i niszczę ją. Jeśli ktoś dokonał takiego odkrycia, nie powinien się martwić. Nic nie jest stracone. To tylko zaproszenie do nawrócenia. Jezus Chrystus czeka na niego, aby mu przebaczyć i dać doświadczyć swej darmowej miłości. Chrześcijanin nigdy nie stoi na przegranej pozycji, nawet Judasz nie był na przegranej pozycji. On zawsze zwycięża, jeśli Chrystus w nim zwycięża. Tak też jest ze wspólnotą chrześcijańską: na tyle jest chrześcijańska, na ile Chrystus zwycięża w jej członkach.

 

Przypisy:

1  Rdz 2, 18.

2  Arystoteles, Polit. 1253a 3f.

3  1J 4, 8.

4  Mk 9, 33-37; Łk 9, 46-48.

5  Mt 20, 20-28; Mk 10, 35-45.

6  Mt 20, 28.

7  J 15, 16.

8  D. Bonhoeffer, Gemeinsames Leben, Miinchen 1988, s. 24.

9  Mk 1,15

10 1 J 4, 11.

11 Ef 4, 32.

12 1J 3, 17.