Stanisław Łucarz SJ
Wpatrzeni w Jezusa
Wyd. WAM Kraków 2001, s. 77-94

 

Jezus w chrześcijanach

 

/.../ aby patrzeć na Jezusa i słuchać Go w liturgii Kościoła potrzeba mieć wiarę. Bez wiary liturgia Kościoła zatraca swój podstawowy wymiar. Przestaje być uobecnianiem Misterium Paschal­nego, a więc śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystu­sa. Dla człowieka bez wiary liturgia pozostaje elementem kultury religijnej, pięknym rytem, którego trudno sobie odmówić (dotyczy to zwłaszcza sakramentu małżeństwa), czy też częścią tradycji narodowej. Czy jest jednak taki sposób, że może dostrzec Jezusa żyjącego i działającego ktoś, kto albo nie ma zupełnie wiary, albo też znajduje się w kryzysie wiary? Jest to problem bardzo ważny, ponieważ jest wielu ludzi niewierzących, a i nam samym zdarzają, się w życiu kryzysy wiary niekiedy tak daleko posunięte, że ani Pismo Święte, ani liturgia Kościoła nam nie pomaga. Gdzie wtedy szukać Jezusa, gdzie wtedy można Go dostrzec? Oczywiście, Pan może zawsze zainterweniować w sposób nadzwyczajny i dać nam doświadczyć swojej mocy, może wzmocnić w ten sposób naszą wiarę, czy u ludzi niewierzących ją wzbudzić. Niektórzy niewierzący, bądź też będący w poważnym kryzysie doszli, czy powrócili do wiary poprzez doświadczenie cudu. Jednym z takich ludzi był na przykład zmarły kilka lat temu Generał Jezuitów o. Pedro Arrupe. Z jego agnostycyzmu wyprowadził go cud uzdrowienia, którego był świadkiem w Lourdes. Gdybyśmy jednak zobaczyli, ilu to ludzi dochodzi, bądź powraca do wiary - czyli staje się uczniem Jezusa - poprzez takie nadzwy­czajne wydarzenia, to okazałoby się, że jest to niewielki procent.

                Jezus używa zwykle innego sposobu, aby pozyskać sobie uczniów i dać poznać siebie, dać nam doświadczyć jego mocy. Tym sposobem jest świadectwo chrześcijan. Pamiętamy jaki nakaz dał Jezus swoim uczniom przed swoim wniebowstąpieniem. Idźcie i nauczajcie wszystkie narody... A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata1. Gdybyśmy wzięli do ręki tekst oryginalny Ewangelii św. Mateusza, to zobaczylibyśmy, że słowa te brzmią nieco inaczej. Jest tam napisane tłumacząc dosłownie:Idąc czyńcie uczniami wszystkie narody... Ta niewielka z pozoru zmiana ma spore konsekwencje praktyczne. Otóż Jezus kładzie tu nacisk nie na to, że uczniowie mają iść, lecz na to, że mają czynić innych Jego uczniami. Owo idąc nauczajcie... można by przetłumaczyć też tak: żyjcie tak, aby inni (wszystkie narody) stawali się moimi uczniami, nie bójcie się takiego sposobu życia, gdyż ja jestem z wami za­wsze... Chrześcijanie mają być według Jezusa żywym świadectwem Jego obecności i to takim świadectwem, żeby inni - niewierzący, czy wątpiący - stawali się uczniami Jezusa. Tak było kiedyś w Kościele. Św. Marek pisze o tym w ostatnim zdaniu swej Ewangelii: Oni poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszy­ły3. Tak też jest i dziś, bo inaczej Kościół nie byłby sobą. Te znaki, o których mówi Ewangelista, to nie tylko, a może i nie przede wszystkim, cuda. Znakami tymi było i jest przede wszystkim życie chrześcijan. W ich życiu widać było Jezusa i Jego moc. Świat pogań­ski mówił zadziwiony: Patrzcie, jak oni się miłują..., patrzcie, jak oni pracują..., patrzcie, jak oni umierają... I dziwił się, skąd u nich ta moc. Posiadamy z pierwszych wieków starochrześcijański tekst, który dotarł do nas pod nazwą Listu do Diogeneta4, gdzie jest mowa właśnie o postawach chrześcijan. List ten jest bardzo wartościowągodną polecenia lekturą, pokazującą nam jak chrześci­jaństwo pierwotne zdobywało świat i jak realizowało ównakaz Jezusa. 

Nie uświadamiając sobie tego, ówcześni poganie wi­dzieli w chrześcijanach Jezusa. Na tym bowiem polega w swej istocie świadectwo chrześcijańskie. W prawdzi­wych chrześcijanach widać Jezusa, On przebija przez ich życie i przez ich śmierć. Bardzo mocno wyczuwano to od zarania Kościoła. Dlatego pierwsi chrześcijanie, aby się umocnić w wierze, opowiadali sobie o swoich bra­ciach i siostrach, którzy świadczyli o Jezusie. Tak powstawały Martyrologia, czyli opisy męczeństw ponie­sionych dla Jezusa. Nazwa martyrologium sama w sobie nie ma nic wspólnego z męczeństwem. Ona pochodzi od  słowa /.../ martyreo, które oznacza  dawać świadectwo. Została ona jednak związana z mę­czeństwem dlatego, że w czasach pierwotnego chrześci­jaństwa rzeczywiście bardzo często dawano świadectwo o Jezusie działającym właśnie poprzez męczeństwo. Na czym to świadectwo polegało? Otóż, na tym, że było widać w tych ludziach moc Chrystusa. Chrześcijanie pierwotni nie dlatego przekazywali sobie wiadomości o świadkach /.../ (martyres), żeby się pochwalić, jakich to mają bohaterów, lecz aby zobaczyć, jak Chry­stus zmartwychwstały działa w ich braciach. Była to powszechna praktyka Kościoła pierwotnego, praktyka, która dotrwała do naszych czasów, choć w międzyczasie nabrała innego charakteru. Opisy świadectw były z cza­sem ubarwiane i to niekiedy aż do tego stopnia, że stawały się legendami  na kształt mitów pogańskich, w których prawie już nie widać było działania Jezusa. Dotarły  one  do  nas  w  postaci  Złotej Legendy,  czy Żywotów Świętych. Teksty te odpowiadające mentalności wyobrażeniom Średniowiecza tak zatraciły pierwotną inspirację, że niektóre z nich praktycznie w ogóle nie zawierają faktów historycznych. Często święci są tam przedstawiani jako ludzie niezwykli od swego urodzenia,jako tytani ascezy i długotrwałych modlitw, jako zwy­cięzcy nad namiętnościami. Element ludzki tak bardzo bywa podkreślany, że nie widać już działania Chrystusa. Ten  stan  rzeczy  spowodował,  że  wielu  patrzy  dziś podejrzliwie na teksty o świętych. Jest to rzecz bardzo niewłaściwa, ponieważ Jezus rzeczywiście jest widoczny w swoich uczniach i jest to, jak zaznaczyłem uprzywile­jowany sposób Jego objawiania się w Kościele, sposób, który nie wymaga uprzedniej wiary, i który do wiary przywołuje. Nierzetelność dawnych opisów, zresztą niezawiniona, bo wynikająca z ówczesnego sposobu myślenia, spowodowała, że wielu dzisiejszych ludzi, w tym także wierzących, nie ma do nich zaufania, odrzu­cając je w całości.

            Chrześcijaństwu pierwotnemu zależało na tym, by pokazać zwycięstwo Chrystusa pośród ludzkiej słabości. Dlatego świadków, których my nazywamy męczennikami ukazywano jako zwyczajnych ludzi, w których wielkiej przemiany dokonywał Chrystus. Stąd prefacja o męczen­nikach mówi: Ty umacniasz słabych ludzi do złożenia świadectwa wierze. To poczucie własnej grzeszności i słabości jest rzeczą powszechną wśród świętych, od św. Pawła począwszy, poprzez św. Ignacego z Antiochii, św. Augustyna, Franciszka, aż po tak bliską św. siostrę Faustynę, czy brata Alberta. Stąd też brała się ich wielka pokora. Z drugiej jednak strony posiadali doświadczenie wielkiej miłości Chrystusa do nich. Wiedzieli, że wszyst­ko, co było wielkie w ich życiu, zawdzięczają nie sobie samym, ale Jezusowi. I jest to głęboka prawda. Św. Paweł powie nawet: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie5. A św. Jan mówiąc o świadectwie chrześcijańskim, stwierdza: A świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia6. Owo życie wieczne, o którym mówi Apostoł, to nie życie pozagrobowe, to jest życie, którego człowiek sam z siebie nie posiada, a które może mu dać tylko Bóg, jest to życie Jezusa zmartwychwstałego w człowieku. I to ono właśnie pozwala mu przekraczać swoje granice i słabości. Jest rzeczą niezwykle umacniającą i pożyte­czną patrzeć, jak Jezus przemieniał swoich uczniów, jak dokonywał cudów w ich życiu, jak dawał im życie wieczne i czynił ich swoim znakiem. To jeden z najbar­dziej przekonywujących sposobów kontemplacji Jezusa działającego w Jego Kościele. Toteż trzeba powracać ustawicznie do lektury tekstów o naszych braciach i siostrach w wierze, w których życiu Jezus objawił się szczególnie mocno. W pierwszym rzędzie warto czytać autobiografie i teksty samych świętych, bo one zawierają najbardziej autentyczne informacje o nich samych. W nich Jezusa działającego widać najlepiej. Trzeba czytać także opracowania innych, ale niektóre z nich - zwłaszcza rodem ze Średniowiecza - często są tak ubarwione, że przesłaniają to, co najistotniejsze. Cenne są natomiast opracowania powstałe po Soborze Watykań­skim II, wraca się w nich bowiem do pierwotnej inspira­cji, do ukazywania świętości jako wielkiej pracy Boga w słabym człowieku7.

            Jednakże nie tylko poprzez czytanie żywotów świę­tych możemy widzieć Jezusa.Możemy Go widzieć także poprzez ludzi, których stawia na naszej drodze. Można go zaś w nich widzieć w dwojaki sposób. Najpierw poprzez tych, którzy Mu zaufali. Jestem przekonany, że każdy z nas takich ludzi na swej drodze spotkał. Jest rzeczą ważną, aby umieć dojrzeć w nich działającego Jezusa. Możemy bowiem być tym ludziom bardzo wdzięczni, zachwycać się ich zaletami, stawiać ich za wzór, ale nie dostrzec rzeczy najważniejszej, tej miano­wicie, iż przez nich działa Jezus, któremu zawierzyli. To bardzo poważne niebezpieczeństwo. Szatan bardzo się stara, abyśmy nie widzieli Jezusa działającego, abyśmy ludziom, ich silnej woli i wytrwałej pracy przypisywali to, co jest dziełem Jezusa. Beze mnie nic uczynić nie możecie8 - mówi Jezus. Co znaczy owo nic?  Owo nic znaczy: nic z tego, co specyficznie chrześcijańskie, nic z tego, co Jezus przykazał swoim uczniom, a czego najpełniejszy wyraz znajdujemy w Kazaniu na Górze. Chodzi tu przede wszystkim niesprzeciwianie się złu9, o miłość poświęcającą się dla innych, zwłaszcza o miłość nieprzyjaciół. Takie uczynki są niewątpliwie uczynkami, które sprawia moc Jezusa w człowieku. Nikt, kto Jezuso­wi nie zawierzył, nie może takich rzeczy czynić. W ta­kich ludziach objawia się zmartwychwstanie Jezusa. Oni wchodzą w śmierć, a Jezus ich z niej wyprowadza.

            Jest też i inne, rzec by można, negatywne doświadcze­nie Jezusa. Jest to doświadczenie poprzez tych, którzy Jezusowi nie zawierzyli, którzy są zgorzkniali, zawie­dzeni i rozczarowani. Takich ludzi również spotykamy, może nawet częściej niż tamtych pierwszych. Oni również są znakiem i dają świadectwo, które trzeba by nazwać raczej anty świadectwem. W nich też widać, kim Jezus jest, albo raczej, czym jest Jego brak. My mamy ochotę pogardzać nimi, a oni są dla nas ostrzeżeniem od Pana. Oni też mają swoją misję do spełnienia. Bóg, który jest miłością, oczywiście, nie pragnie dla nich tej misji - wręcz przeciwnie. Ale Bóg w swej mądrości i dobroci wykorzystuje także zło wynikłe z ludzkiej wolności i pychy, aby nas pouczyć. Nie wolno tej lekcji zaniedby­wać. Tak jak też nie należy zaniedbywać tamtej pierw­szej, pozytywnej. Być bowiem naprawdę radosnym, cieszyć się trudnym życiem, zachować głęboki pokój bez narzekań, zwłaszcza na starość, kochać innych mimo ich wad, to nie jest sprawa tylko ludzkiej pracy na sobą, czy dobrego charakteru. To dar Jezusa, to Jezus sam w tych, którzy mu zawierzyli. Umieć patrzeć, nie dać się oszukać pozorom, czy obiegowym opiniom, prosić o dar świa­tłych oczu serca, które widzą więcej niż się oczom ciała przedstawia. Jezus chce nas czynić swoimi uczniami poprzez naszych braci i siostry, którzy mu zawierzyli. Oni są dla nas szczególnym darem na chwile zwątpienia i ciemności.

 

Przypisy:

1 Mt 28, 19-20.

3 Mk 16, 20

4 Por. List do Diogeneta, zwłaszcza 5, 1-17

5 Ga 2, 20

6 1J 5, 11-12

7 Ma tego głęboką świadomość św. Paweł, kiedy pisze: pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną (1Kor 15, 10)

8 J 15, 5

9 Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu drugi (mt 5, 39)