Rozeznanie  -  Posyłanie  -  Wspieranie  -  Rewizja   

Główne  treści  poruszane  przez  o. Dariusza  Michalskiego SJ  na  spotkaniu  naszej  Wspólnoty  Lokalnej WŻCh  w  dniu  13.X. 2007   

Medytacja: 
   

    Mam taką propozycję, ponieważ mamy pół godziny czasu dla siebie na tę modlitwę, nie chciałbym, żeby to była taka do końca „prowadzona” medytacja. Chciałbym po prostu podać kilka myśli w trakcie, a później zostawić czas na milczenie. Jeżeli komuś  na przykład będzie ten czas odpowiadał, żeby wejść czy w modlitwę Jezusową, czy po prostu żeby pobyć z tymi refleksjami, to myślę, że w ten sposób, taki czas milczenia też mi się wydaje istotny. 
    I tak naprawdę w tej medytacji nie jest ważne, żeby do czegoś dojść, tylko dać szansę Panu Bogu, żeby pobyć z Nim. Żeby On mógł z nami pobyć...
    Zwróćmy uwagę na to, co mówi Ewangelia wg św. Marka, a mianowicie, że Jezus powołał swoich apostołów, aby Mu towarzyszyli, aby byli z Nim (por. Mk 3, 13-14). My często chcemy coś robić, a zapominamy o tym najważniejszym – żeby z Nim być.      Zacznijmy od znaku krzyża: W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego. Amen. 

    Uświadommy sobie, że Bóg jest z nami. Trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty – są z nami. Jesteśmy wspólnotą zgromadzoną w imię tej Wspólnoty miłości, tej pierwotnej Wspólnoty miłości, która nas powołała do życia, która nas dzisiaj też zaprosiła tutaj, na to spotkanie. Przychodzimy z różnymi myślami, z różnymi sprawami, ale wszyscy szukamy miłości. I nasza wspólnota jeszcze bardziej jest odbiciem Wspólnoty miłości. Czym innym jest szukanie Boga indywidualnie, ale dziś Bóg nas też zaprasza do szukania Go właśnie we wspólnocie.  
    Prośmy na początku, aby wszystkie nasze zamiary, decyzje i czyny, były skierowane w sposób czysty do służby i chwały Jego Boskiego Majestatu (ĆD 46). Prośmy o czystość naszej intencji, na czas modlitwy. 

    „Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwu i wysłał ich po dwóch przed samym sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: <Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie! Oto posyłam was jak owce między wilki>”.  Łk 10, 1-3 
    Spróbujmy wyobrazić sobie tę scenę. Zobaczyć jak Jezus posyła tych, którzy są wokół Niego, którzy do tej pory szli za Nim. Może tylko przyjmowali pasywnie Jego słowa, a teraz są posyłani. 
    Gdzie ja siebie widzę w tej grupie siedemdziesięciu dwóch? Czy jestem pośród nich, czy może stoję z boku i obserwuję całą tę scenę?
    Będę się starał także usłyszeć słowa, które Jezus kieruje do swoich uczniów: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało” ... „Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki”. 
    Na pewno w grupie siedemdziesięciu dwóch te słowa wywołały różną reakcję. Popatrzę jak apostołowie, uczniowie Jezusa przyjmują te słowa... 
    Będę prosił w tej medytacji o to, czego pragnę. Mogę prosić o gotowość przyjęcia tej misji, którą Bóg mi zlecił, do której mnie zaprasza, którą może już pełnię – wtedy mogę prosić o odnowienie w sobie gotowości, otwartości, wielkoduszności. 

    1. Jezus wysyła uczniów po dwóch, wysyła przed sobą, tam dokąd On sam zamierza przyjść. Tak jak Bóg jest pokorny stwarzając każdego z nas, dając nam dar wolności, tak samo Jezus – wie, że możemy popełnić błędy, a jednak chce, abyśmy Go uprzedzili, abyśmy przed Nim przyszli w te miejsca, gdzie On chce sam przyjść i spotkać się z innymi ludźmi. Bóg mi zawierza, zawierza mi tę misję przygotowania tych, którzy mają Go spotkać. Bóg jest niezwykle pokorny. Chce innych przygotować na spotkanie ze Sobą poprzez moje wysiłki, tak jak to potrafię zrobić. Mam być zwiastunem Dobrej Nowiny, moje pojawienie się wśród innych ma przypominać: „bliskie jest królestwo Boże”, Pan zaraz nadejdzie (por. Mt 3, 2) 

    2. „Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”. Ja nie idę od samego siebie, jestem posłany, wyprawiony... Nie pełnię swojej misji, to Bóg mi ją zleca. Nie mam głosić siebie, mam głosić Boga. Mam głosić tę podstawową prawdę, że Bóg jest dobry. Prawdę, o której świat zapomina. To jest fundament wszystkiego, co istnieje – Boża dobroć.„Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”. To nie jest moje żniwo, to jest Jego żniwo. Muszę się troszczyć o to, jakie ono będzie. To jest Boże żniwo. I czasem to żniwo po ludzku będzie bardzo marne, ale w perspektywie duchowej będzie wzrostem królestwa Bożego w sercach innych, wzrostem, który dokonuje się w sposób niewidoczny, w dzień i w nocy, stopniowo i powoli. Czy jest we mnie ta gotowość do uczestniczenia w żniwach, które po ludzku wyglądają na bardzo marne, nie przynoszące owocu w pierwszej chwili? Jaka jest moja dyspozycyjność, żeby pójść tam, gdzie może czasami nie chcę? Może jest we mnie to doświadczenie zbierania żniwa Bożego, które wydawało się na początku marne, a później przynosiło obfity owoc dlatego, że zaufałem, że dałem się poprowadzić, wykonałem swoją pracę? 

    3. „Idźcie! Oto  posyłam was jak owce między wilki”. Nie boisz się nas posłać, jak owce między wilki. Każdy z nas jest w Twojej ręce, nikogo z nas nie utracisz, nie wypuścisz ze swojej ręki. Mogę być owcą, jeśli Ty jesteś dla mnie pasterzem, jeśli Ci ufam, jeśli wiem, że jesteś ze mną, że się o mnie troszczysz, choć może nie zawsze tak to wygląda z zewnątrz. Wilk polega na swojej sile, na swojej przebiegłości, na swoich instynktach, owca jest bezbronna, zależna całkowicie od pasterza, nie umie się sama obronić. W mojej pracy nie mam polegać na sobie. „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5)  – muszę zgodzić się na swoją słabość i bezbronność, w Tobie złożyć całe swoje zaufanie.  

    Mamy teraz czas dla siebie, na trwanie z Tym, który mnie posyła, który w niczym się nie pomylił, który wie kogo posyła i do kogo posyła, który często działa poprzez moją nieporadność czy nieumiejętność.
    Może było jakieś słowo, które szczególnie mnie poruszyło. Teraz mogę z tym słowem pozostać powtarzając je w rytmie oddechu... A może po prostu chcę trwać jak owca przy swoim Pasterzu, w milczeniu pełnym powierzenia się... 

    Wróćmy do prośby o czystość intencji - św. Ignacy zaprasza nas na koniec medytacji, abyśmy odmówili modlitwę Ojcze nasz. Ona przywołuje tę intencję czystości, żebyśmy byli jak dzieci, w ramionach Ojca, w ramionach Boga – bo to jest ta najczystsza i najlepsza intencja, najlepsza postawa, w której możemy się zwracać do Boga. To wtedy królestwo Boże jest w nas, jest pośród nas... 

    Ojcze nasz...   

Konferencja:
  

    Przygotowałem tę konferencję jako komentarz do dynamiki procesu: „Rozeznanie – posyłanie – wspieranie – rewizja”, z którą pierwszy raz spotkałem się w czasie Zjazdu Światowego w Nairobi w 2002 roku, i przyznam się, że wtedy to nie brzmiało mi tak fajnie, wydawało mi się, że to jest taki jakby sztuczny twór, i chcę wam zaproponować spojrzenie na te dynamikę, która ma być dynamiką apostolstwa w WŻCh w podwójnej perspektywie. Najpierw w perspektywie biblijnej, a później w perspektywie ignacjańskiej, to się jedno z drugim bardzo łączy. Po prostu jako taką refleksję nad poszczególnymi etapami, co to wszystko znaczy. Przygotowując tę konferencję zobaczyłem, że ta dynamika, jej sformułowanie, nie bierze się znikąd, że znajduje bardzo głębokie zakotwiczenie, zakorzenienie w samym Bogu. 

    Może w perspektywie biblijnej, spójrzmy w ten sposób. Rozeznanie.  Jak ja pojmuję rozeznanie. Patrzę na to, że Bóg przed stworzeniem całego świata rozeznał i poznał, poznał mnie, ukochał mnie,  i zachwycił się mną. Rozeznał, że to co stwarza, stwarza dla mnie, że mnie stwarza na swój obraz i podobieństwo. Myślę, że dotykamy tutaj korzeni całego stworzenia a jednocześnie istoty Pana Boga. Bóg jest Wspólnotą Trzech Osób. Każda z tych Osób jest oddzielną Osobą. Jednakże są tak do siebie podobne i tak ze sobą zjednoczone w miłości, że często na wyrażenie tego używamy po prostu jednego słowa: Bóg. I Bóg doświadczając siebie jako trzech Osób, relacji pomiędzy tymi Osobami, chciał tym szczęściem podzielić się z nami. I dlatego stwarza każdego z nas. Każdy z nas jest wpisany w ten plan Bożego dzielenia się sobą ze mną. I tu postrzegam właśnie ten etap rozeznania, który będzie polegał zawsze na spojrzeniu na świat: na rzeczywistość wokół mnie, na Boga, na innych, na siebie – na spojrzeniu z miłością. Rozeznać to znaczy doświadczyć w sobie i rozpoznać pragnienie dzielenia się miłością tak, jak tego doświadczył sam Bóg. Możemy powiedzieć, że najgłębszą potrzebą Boga było podzielenie się sobą, Bóg to tak rozeznał (doświadczył w sobie), że chciał się sobą podzielić, że swojego szczęścia nie mógł dla siebie zostawić.  

    Następny etap: posłanie. Bóg posłał mnie na ten świat, tak jak Jezus posyła apostołów przed sobą wszędzie tam, gdzie ma przybyć. Podobnie i mnie posyła na ten świat. Jako partnera w miłości, ale również jako tego, który ma doświadczyć tej miłości i nią się dzielić w sposób wolny, nieprzymuszony, ale wolny. Czyli Bóg bardzo mi zaufał, bo są w zasadzie tylko dwie możliwości: albo ja zrozumiem o co chodzi Bogu względem mnie, albo pozostanę głuchy, pozostanę obojętny na Jego zaproszenie do miłości. I Bóg mnie posyła po to, żebym kochał. To często określamy jako ideał chrześcijaństwa – umieć przyjmować miłość Boga, czyli pozwolić się pokochać Bogu takim jakim się jest i kochać innych takim jakim się jest, tak jak się potrafi. Jest taki sposób kochania, miłości, który może się dokonać, zrealizować tylko moimi rękoma, tylko na mój sposób, tylko dzięki moim talentom. Jestem posłany na ten świat by mieć udział w miłości jako konkretna i niezastąpiona osoba w tym planie, który Bóg ma względem mnie. 

    Kolejny etap to jest wspieranie. Bóg wspiera mnie jako Ojciec, Bóg wspiera mnie jako druga Osoba Boska czyli jako Syn, który ma mnie doprowadzić do Ojca. I ostatecznie Bóg wspiera mnie jako Duch Święty. Bez Ducha Świętego nie można powiedzieć, że Jezus jest Panem, nic nie możemy uczynić. I całe wspieranie mnie ze strony Pana Boga, projektu, mnie jako osoby, jako człowieka zawsze się będzie dokonywało w kontekście: Ojciec – syn, Ojciec – córka. Pamiętamy jak Jezus przychodzi nad rzekę Jordan, otwiera się niebo, Jezus ma być ochrzczony, otwiera się niebo, słychać grzmot, a niektórzy słyszą głos: „Tyś jest Syn Mój umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (por. Mt 3, 16-17). „To jest Mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie” (Mk 9, 7). I te słowa Boga Ojca do Syna są słowami skierowanymi do każdego z nas. W Jezusie każdy z nas jest umiłowanym synem, umiłowaną córką Boga. I Bóg w ten sposób najpełniej udziela nam swojego wsparcia.
    Wydaje mi się, że to jest niezwykle ważny moment. Otóż dojrzałość w wierze następuje wtedy, kiedy my przestajemy się czuć sierotami, a zaczynamy się czuć synami i córkami Boga. Popatrzcie wokół siebie, iluż jest zagubionych ludzi. Każdy z nas w jakiś sposób wyszedł z rodziny z pewnym deficytem miłości, z jakimiś zranieniami, z jakimiś niedoskonałościami. Co więcej, niektórzy spośród was, którzy teraz pełnią rolę ojca i matki czują swoją bezsilność, czują że nie mogą, nie potrafią przekazać wszystkiego tego co by chcieli dać swoim dzieciom. I pewnie przychodzi wam taka myśl: Bez Boga sobie nie poradzę, żeby tego człowieka wypuścić w dorosły świat. I każdy z nas ma takie zadanie, żeby to przepracować w swoim życiu, niezależnie z jak świetnej i doskonałej rodziny wyszedł, zawsze pozostanie w nas jakaś zadra, i ona jest potrzebna – potrzebna żeby wszystko postawić na Boga, żeby w Bogu odnaleźć się jako syn, jako córka i odnaleźć Boga jako swego Ojca. Tę prawdę Jezus wyraża wprost: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Dla mnie osobiście jest to najważniejsza dynamika, jest to streszczenie całej Ewangelii! 
    Popatrzmy: Jezus przychodzi na ziemię jako dziecko, jako niemowlę. Głosi, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do królestwa niebieskiego. I kiedy umiera na krzyżu mówi: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23, 46). Umiera jak dziecko, jak Syn, w pełnym zaufaniu.Popatrzmy na to może jeszcze inaczej: gdybym miał streścić Stary Testament, to powiedziałbym, że Stary Testament mówi tylko jedną rzecz: Bóg jest dobry i zło nie może zwyciężyć Boga. A co mówi Nowy Testament? Że Bóg najpełniej objawił swoją dobroć względem człowieka jako Ojciec, nas czyniąc swoimi dziećmi. Na dzień dzisiejszy, mając trzydzieści siedem lat, tak postrzegam najgłębsze przesłanie Pisma Świętego. Jesteśmy Jego dziećmi i w ten sposób Bóg najpełniej chce nas wspierać i okazywać nam swoją miłość. Jest to dokładnie to, co Jezus przypomina nam, gdy mówi, że jesteśmy owcami i nie mamy być nikim więcej. Mamy być bezbronnymi owcami, które w Nim całkowicie pokładają całą swoją nadzieję, całą swoją siłę – bez Ciebie nic nie możemy uczynić (por. J 15, 5). Wiemy też, że zły duch będzie próbował nas wytrącić z tej relacji zaufania ojciec – dziecko; dlaczego dziecko, dlaczego ta postawa dziecięctwa jest taka istotna?  Bo dziecko jest bezbronne i samo z siebie nic nie może uczynić, może tylko to, co umożliwi mu rodzic.
    Kolejny obraz, u św. Jana, który jest mistykiem, to obraz winogrona w krzewie winnym, owocu, który jest wszczepiony w krzak (por. J 15, 1-11). Co to znaczy? Zobaczcie, ten sam sok, który płynie w krzewie, ten sam sok napełnia owoce! Nie możemy z siebie wyprodukować żadnego soku, my możemy go czerpać z krzewu, on nas napełnia, napełnia nas Bóg. Mówimy o tym, gdy stwierdzamy, że Bóg w nas mieszka. Bóg kiedyś nas stworzył, wypowiedział nasze imię, kiedyś pierwszy raz, tchnął życie w nas i takim symbolem, znakiem tego życia jest na przykład mój oddech. Przecież cały czas oddycham, to jest dar darmo dany, symbol życia, funkcjonowanie mego ciała, nawet na poziomie biologicznym, chemicznym, psychicznym, duchowym. Mówiąc o apostolstwie często myślimy o wielkich, zaplanowanych, przemyślanych i świadomych działaniach. A Psalmista mówi: „Usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę” (Ps 8, 3). Nie tylko to co jest we mnie świadome jest działaniem apostolskim, na chwałę Bożą. Jest nim przede wszystkim moje istnienie: ja jestem chwałą, ja jestem stworzony na obraz i podobieństwo Boga, moje istnienie oddaje chwałę Bogu. To niejako jest pierwszy etap apostolski, fundament. Dopiero na nim, nie podważając go możemy tworzyć dojrzałe apostolstwo wchodząc w partnerską współpracę z Bogiem, ale podstawą jest to co On we mnie tchnął, to co we mnie złożył – czyli Jego tchnienie życia i miłości. 

    I pozostaje ostatni element czyli rewizja. Rewizja to jest przyglądanie się na ile ja podejmuję tę wymianę miłości z Panem Bogiem, na ile przyjmuję miłość z Jego strony i na ile ją oddaję. I tutaj mamy podstawowe narzędzia, czyli rachunek sumienia, refleksję, osobistą modlitwę, rekolekcje, wspólnotę. To wszystko co ma mi pomóc zobaczyć, czy rzeczywiście jestem tym owocem w winnym krzewie, który jest napełniany sokami Bożymi, czy ja próbuję szukać oparcia gdzie indziej, próbuję szukać jakiegoś innego soku, paliwa, które może mnie budować.Każdy z nas został powołany do tego, żeby stać się mistykiem. Nie może być dojrzałego apostolstwa bez bycia mistykiem. Św. Ignacy nim był. Był mistykiem całkowicie zanurzonym w Panu Bogu. Wystarczy popatrzeć na jego  modlitwę i świadomość Ignacego, że są rzeczy, których on sam po ludzku nie może zdobyć, które mogą być tylko darem ze strony Pana Boga (ĆD 234): 
Zabierz, Panie, i przyjmij 
całą wolność moją, 

pamięć moją i rozum, 
i wolę mą całą, 
cokolwiek mam i posiadam. 
Ty mi to wszystko dałeś – 

Tobie to, Panie, oddaję. 

Twoje jest wszystko. 

Rozporządzaj tym w pełni 

wedle swojej woli. 

Daj mi jedynie 

miłość twą i łaskę, 

albowiem to mi wystarcza. Amen. 
  

    Święty Ignacy wypowiedział również inne słowa: „Jest bardzo mało ludzi, którzy przeczuwają, co Bóg uczyniłby z nich, gdyby zaparli się siebie i całkowicie oddali się Chrystusowi Panu, aby On ukształtował ich dusze w swych dłoniach”. Całkowicie powierzyć się Bogu – oto wyzwanie naszego życia. W Kontemplacji do uzyskania miłości św. Ignacy przypomina zalecając, żeby na początku kontemplować wszystko to, co otrzymałem, jak wszelkie dary zstępują z nieba, przyroda, słońce, jak jestem obdarowany różnymi darami... I mówi na końcu, żeby odkryć, że Bóg chce mi się udzielić cały. „... jak bardzo tenże Pan pragnie mi dać samego siebie, ile tylko może wedle swego Boskiego planu” (ĆD 234). Bóg chce mi dać siebie całego i w odpowiedzi oczekuje mnie całego. To jest mistyka, wszystko za wszystko. Nie ma opcji, że dam siebie Bogu w 5%, 60%, 90%. To nie wchodzi w grę na drodze ignacjańskiej. Mam dać wszystko! By wszystko od Boga otrzymać. Oczywiście, że do tego stopniowo dorastamy. I na tym etapie rewizji mamy zobaczyć czy jesteśmy mistykami, czy swoją więź z Bogiem budujemy jako żywą relację, czy jest ona taka tylko w moim wyobrażeniu. Żywa, mistyczna więź z Bogiem jest fundamentem mojej relacji z Bogiem i wszelkiego mojego działania, służby, a ostatecznie poczucia szczęścia. Jeżeli weźmiemy Ewangelię św. Jana – stanowi ona opis relacji Jezusa z Ojcem, to odnajdziemy tam takie słowa Jezusa: Ja bez Ojca nic nie mogę uczynić, „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30). Można powiedzieć, że między Jezusem, a Ojcem nigdy nie może paść takie zdanie: dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Są całkowicie oddzielnymi Osobami, a jednocześnie całkowicie jedno. I my do tej mistycznej więzi z Bogiem jesteśmy powołani. Na etapie rewizji mamy się przyjrzeć czy wchodzimy na drogę zażyłej relacji z Bogiem. 

    I teraz spróbujmy spojrzeć na te cztery etapy dynamiki apostolskiej: rozeznanie – posyłanie – wspieranie – rewizja od strony ignacjańskiej. 

    Rozeznanie
 – każdy z nas w pewnym momencie odkrył, że nie jest przypadkowym bytem na tym świecie. Każdy z nas w pewnym momencie, zazwyczaj było to związane z rekolekcjami ignacjańskimi, odkrył, że jest umiłowanym synem, umiłowaną córką Boga. Odkryliśmy też, że ta dynamika Ćwiczeń Duchowych jest nasza, że w sposób szczególny Bóg w ten sposób do nas przemawia, że to jest nasza droga. Bóg planując nas, jako specjalny dar dał nam duchowość ignacjańską jako taki szczególny sposób naszej komunikacji z Nim.  

    Posłanie
 – to jest odkrywanie tej dynamiki bycia umiłowanym synem, umiłowaną córką. Popatrzmy, jak to było w życiu św. Ignacego. Św. Ignacy mówił tak: ja sam! Ja sobie poradzę! Ja obronię Pampelunę, wszystkich zmobilizuję i obronię twierdzę przed dwunastoma tysiącami wojsk francuskich, które nacierają na Pampelunę. Ja będę dowódcą, ja sobie poradzę. Nawrócenie u św. Ignacego zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna rozumieć, że nic nie może bez Boga uczynić, kiedy widzi pełną zależność od Boga. Pojawia się szacunek do Boga, do drugiego człowieka i do samego siebie. Tak jak wcześniej wykorzystywał osoby, ludzi, dla swojego - można by powiedzieć -  dobrego imienia, dla swojej sławy, dla swojego powodzenia, dostatku, tak nagle na zasadzie wahadła  widzi, że trzeba całkowitego ogołocenia siebie. To przejście w drugą skrajność może nawet nas śmieszyć: to co znajdujemy w Autobiografii: nie obcina paznokci, włosów, pości bo myśli, że w ten sposób jak gdyby nadrobi te straty, swoją pychę. W każdym bądź razie odkrywa, że nie może już żyć wedle zasady: wszystko dla mnie, ale tylko wedle zasady: wszystko dla Niego, dla mojego Pana i Stwórcy. Wyrazi to w swoim zawołaniu: „kochać i służyć we wszystkim”. I tu przypomina się modlitwa św. Ignacego: 

Słowo Odwieczne, Jednorodzony Synu Boży, proszę Cię.
Naucz mnie służyć Ci tak, jak tego jesteś godzien.
Naucz mnie dawać, a nie liczyć,
walczyć, a na rany nie zważać,
pracować, a nie szukać spoczynku,
ofiarować się, a nie szukać nagrody innej 
prócz poczucia, że spełniłem twoją Najświętszą wolę. Amen.  

    Wspieranie
 – Bóg chce mnie wspierać, i Ignacy daje temu wyraz w powiedzeniu: Tak Bogu ufaj, tak się módl, jakby całe powodzenie spraw zależało od Niego. Tak działaj, tak pracuj, tak się staraj, jakby wszystko zależało od ciebie. Czyli ani Bóg nie zrobi wszystkiego za mnie, ani ja nie mogę wszystkiego uczynić, to jest gdzieś pomiędzy, pomiędzy na zasadzie współpracy. Bóg potrzebuje mnie, bo chce, żeby królestwo Boże było owocem współpracy Bosko-ludzkiej i chce mnie w tym wspierać. Wykona wiele rzeczy, których ja nie mogę i w pewnym sensie paradoksalnie powiedzielibyśmy, my mamy wykonać wiele rzeczy, których Bóg nie może wykonać, bo nam zostawił to do zrobienia. Często spotykamy się z patrzeniem magicznym: jak mam się pomodlić, co mam zrobić, żeby np. znaleźć męża, żonę. Nie, to ty masz wyjść z domu, być otwartym na relacje, rozmawiać, a nie tylko modlić się. Jest zawsze coś, co należy do mnie do zrobienia i coś, co będzie zawsze zarezerwowane dla Pana Boga. I nasz problem polega na tym, że my często zamieniamy się tymi rolami i próbujemy wchodzić w kompetencje Pana Boga. Bóg nas będzie wspierał, gdy damy Mu na to szansę, gdy podejmiemy właściwe działania. 

    Rewizja
 – św. Ignacy dwukrotnie w ciągu dnia dokonywał rachunku sumienia. Myślę, że to jest bardzo dobra praktyka, chociaż przy naszym tempie życia to jest trudno osiągalne, ale dla mnie rachunek sumienia przez długi czas był jedną z najtrudniejszych modlitw i chyba dalej taką pozostaje. Jednak warto o ten czas rewizji swojej drogi do Boga zawalczyć. Osobiście doświadczam łaski, która wyraża się w tym, że trudno jest mi udać się na spoczynek wieczorem bez stanięcia w obecności Boga w postawie rachunku sumienia, choćby na chwilę.
    Kolejne narzędzia, które mamy do swojej dyspozycji, aby podjąć rewizję to reguły o rozeznawaniu duchów, zarówno w wymiarze osobistym jak i wspólnotowym. Dalej rekolekcje ignacjańskie – ten czas tygodnia w ciągu roku jest zobaczeniem i przypomnieniem sobie czego Bóg ode mnie chce. Jeśli wejdę w taki pęd różnych spraw w ciągu roku, czasami bardzo potrzebnych, czasami bardzo też koniecznych, a czasami i niekoniecznych, jeśli się nie zatrzymam, to bardzo łatwo dam się zwieść złemu duchowi, że wszystko jest konieczne, że wszystko ode mnie zależy, że wszystko jest ważne. Szkoda, że często ten czas rekolekcji nie jest planowany z wyprzedzeniem, że brakuje wierności tej praktyce. Ileż łask przez to się marnuje.
    Św. Ignacy sam doświadczał dobrodziejstw rachunku sumienia. Pewnego razu, gdy będąc w Rzymie dowiedział się o dokonaniu wyboru nowego papieża i wiedział, że jest to osoba nieprzychylna Towarzystwu Jezusowemu, zrobił rachunek sumienia i po piętnastu minutach ogarnął go spokój, że wszystko jest w ręku Pana Boga. Myślę, że mamy wspaniałe narzędzia, tylko my ich nie doceniamy, dużo czasu musi niekiedy minąć, zanim docenimy ich głęboki sens, jak wielką pomocą są dla nas. Szukamy często jakiś nadzwyczajnych rzeczy, nadzwyczajnych form, cudowności, a Pan Bóg daje nam wielkie skarby w formie tych narzędzi ignacjańskich: rachunek sumienia, rekolekcje, reguły rozeznania, medytacja, kontemplacja. Gdybyśmy tylko byli im wierni i stali, to myślę, że przynosiłyby nam ogromny pożytek i dokonywały wielkich zmian. Tak to postrzegam.
    Dla mnie to dojrzałe apostolstwo wyraża się przede wszystkim w takiej dojrzałości, w zjednoczeniu z Panem Bogiem. To nie znaczy, że ja wszystko będę idealnie robił. Nie! Pan Bóg jakoś też wkalkulowuje moje błędy, moją ludzką niedojrzałość, co więcej – potrafi z tego wyciągnąć dobro. Czyli przede wszystkim widziałbym to dojrzałe apostolstwo w oparciu o pełne zaufanie Panu Bogu, a więc także w swoich pomyłkach i powodzeniach. To jest ta postawa dziecka, że tu gdzie sam nie potrafię mogę wołać: Panie Boże przyjdź, pomóż, umocnij, pomóż mi. Myślę, że też bardzo często boimy się podejmowania różnych działań dlatego, że nie ma w nas właśnie tej postawy dziecka, tego kogoś, kto wie, że za nim stoi Ojciec, trzyma swoje ręce na naszych ramionach i podtrzymuje nas, i umacnia. 

    Chciałbym też bardzo mocno podkreślić kwestię rekolekcji, że często postrzegamy je jako coś takiego bardzo trudnego, wielki wymóg, ale one stanowią podstawowy rys naszej duchowości ignacjańskiej, a także naszej działalności apostolskiej. Są zrozumiałe w naszym życiu okresy kryzysu, trudności, ale jeśli nie korzystamy z tych narzędzi to z czego korzystamy? Na czym się opieram, co jest moim krzewem winnym, skąd ja czerpię soki? Z Boga czy z siebie? Takim sprawdzianem podejmowanych przez nas zaangażowań jest sprawdzian czasu. Okazuje się, że po pewnym czasie nawet najwspanialej ustawione dzieło zaczyna się sypać, jeśli nie czerpie z Boga. To co my nazywamy syndromem wypalenia, to jest nic innego jak kryzys duchowy czyli chęć wyjścia z roli zależności: dziecko – Bóg-Ojciec. Właśnie na niezależności bazuje nasza tzw. „kultura”. To, co stanowi podstawę tej anty-kultury, w której my żyjemy, to jest cywilizacja śmierci, gdzie promuje się model człowieka niezależnego, silnego, mocnego, mądrego, który wszystko potrafi, a później, żeby temu dorównać płaci za to ogromną cenę. Liczba samobójstw w Polsce prawie zrównała się z ilością ofiar wypadków samochodowych, to jest w granicach czterech tysięcy rocznie. My płacimy ogromną cenę, by dorównać ideałom, które nie są Boże, nie prowadzą do życia, do pełni szczęścia, do radości, do wewnętrznego pokoju. Powiedziałbym, że apostolstwo to nie jest jakiś obowiązek, to jest przywilej. Tak jak dla Boga było przywilejem podzielenie się sobą, swoim szczęściem, swoim życiem z nami.
    I ja też mam takie doświadczenie, że na początku apostolstwo było dla mnie trudne. Nieraz z drżącym głosem stawałem przed jakąś wspólnotą, przed jakąś grupą, z jakąś tremą podchodziłem rozpoczynając rekolekcje, ale im bardziej czułem się dzieckiem, takim nieporadnym stworzeniem otoczonym Jego miłością, tym swobodniej pracowałem. Już nie myślałem o końcowym efekcie, bo wiedziałem, że to jest Jego żniwo, bo On wie, jakim słowem ma trafić przeze mnie do drugiego człowieka. To co mówi św. Paweł, że nie przez mądrość głoszenia słowa Bóg chce nas zbawić, tylko przez naszą nieraz nieporadność, nieumiejętność. Pan Bóg się w niczym nie pomylił, takich nas stworzył, takimi jesteśmy apostołami i takich nas chce. Piotr zdradził Jezusa, św. Paweł był wcześniej mordercą, zabijał, prześladował chrześcijan, przecież tacy jesteśmy, tego się nie da wymazać z naszej ludzkiej historii. Ale Bóg o tym wszystkim zapomina i nas uwalnia, zdejmuje wszelkie ciężary. Co z tego, że nie umiesz mówić, co z tego, że jesteś grzesznikiem, że masz słabości – Ja ciebie posyłam, Ja ciebie pragnę uczynić głosicielem Miłości, Miłosierdzia, Przebaczenia! Dla jednych to nic nie znaczy, dla innych to może znaczyć bardzo dużo. Doświadczenie wolności i radości, i pokoju przychodzi wtedy, gdy ja patrzę na siebie tak, jak Bóg na mnie patrzy. Wtedy posługa, bycie dla innych jest przywilejem, jest radością, bo o wszystko zatroszczy się Pan Bóg, w pewnym sensie o wszystko zatroszczy się Pan Bóg.  

Homilia:
 

    Myślę, że dzisiaj zostało już tak dużo powiedziane o apostolstwie, o słuchaniu i wypełnianiu. Chciałbym podzielić się jeszcze swoim odkryciem:  nie można być człowiekiem dobrym z  zasady, można być człowiekiem dobrym z serca. I dzisiejsza Ewangelia podpowiada nam w jaki sposób możemy być apostołami Boga: „Błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je” (por. Łk 11, 27-28).
    Przypomina się inny fragment Ewangelii, gdzie Jezus mówi: „Nie każdy, kto mówi Mi:  <Panie, Panie>, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Nasze pierwsze, podstawowe powołanie to jest powołanie, żeby słuchać Boga. To co słyszał naród izraelski: „Słuchaj, Izraelu” (por. Pwt 6, 3-5)  – to jest pierwsze przykazanie, postawa zasłuchania. To, co Bóg ma nam do powiedzenia, jest dobre. To jest słowo życia. Bóg nas przekonuje, że wszystko, co uczynił jest dobre, że każdy z nas jest dobry, i to dobro, które Bóg w nas złożył jest większe od zła, któremu czasami ulegamy. I to mamy usłyszeć całymi sobą!
    Pierwsza nasza postawa, to jest postawa zasłuchania. W tym wypadku, to o czym powiedział św. Ignacy: być kontemplatywnym w działaniu; być kontemplatywnym to znaczy mieć głębsze wejrzenie. Patrzeć, zdobywać lepszy ogląd i słuchać Boga, wsłuchiwać się w to, co On ma mi do powiedzenia, a Bóg ma zawsze tylko jedno słowo: Kocham cię, jesteś Moim, jesteśmy sobie przeznaczeni. To, co czytamy w Pieśni nad pieśniami: „Mój miły jest mój, a ja jestem jego” (Pnp 2, 16). To, co później powie św. Paweł: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?” Nic nie może nas odłączyć od miłości Chrystusa, i we wszystkim odnosimy zwycięstwo dzięki Jezusowi Chrystusowi  (por. Rz 8, 35-39). 
    Wszelkie nasze działania, wszelka nasza aktywność, jeśli ma przynosić autentyczne dobro, musi wynikać właśnie z postawy zasłuchania się w Boże słowo, przyjęcia Boga całym sobą, uznania, że On jest moim przyjacielem, nie wrogiem. To, czego dopuścili się Adam i Ewa w raju popełniając grzech pierworodny można wyrazić w słowach:  nie będziemy słuchać Boga, posłuchamy złego ducha. Jesteśmy tak stworzeni i tak nas Bóg wymyślił, pięknie nas wymyślił, że musimy cały czas kogoś słuchać. Św. Ignacy mówi tak: będziesz słuchał albo ducha dobrego, albo ducha złego, albo siebie samego. Trzy rodzaje myśli, mówi św. Ignacy, które w nas powstają i których możemy słuchać. Cały czas potrzebujemy kogoś słuchać, być pod przewodnictwem. Bóg mówi – będziesz miał życie, jeśli będziesz słuchał Mego słowa.  Ono zawsze jest dla ciebie dobre, ono zawsze jest miłością, chociaż czasami jest trudne, stawia wymagania, żeby sobie nie folgować w swoich zachciankach, w swoich ambicjach, w tym wszystkim co może być moim fałszywym bożkiem pod przykrywką dobrego. 
    Słowo, które musi we mnie zapaść, przeniknąć mnie całego. Tego się uczymy całe życie – zaufania do słowa Bożego – że ono mnie nie skrzywdzi, że nie chce mojego zła. Czasem Bóg dopuszcza trudne sytuacje, czasami sytuacje cierpienia, choroby. Zobaczcie, to co stało się w maju 1521 roku, kiedy Ignacy bronił Pampeluny. Chyba dla niego było ostatnią myślą to, że optymalnym rozwiązaniem dla niego będzie to, że trafi go kula armatnia, która mu strzaska nogi i że będzie przed nim długa rekonwalescencja z chwilami zagrażającymi jego życiu. To się okazało optymalnym rozwiązaniem dla Ignacego. Ileż to razy my zatrzymaliśmy się w naszym życiu z pytaniem: o co Ci chodzi Panie Boże? - kiedy coś nam niszczyło nasze plany. I takim optymalnym rozwiązaniem okazywała się choroba, cierpienie, może śmierć kogoś bliskiego. To nie chodzi o to, żebyśmy do królestwa niebieskiego weszli zdrowi, z piękną figurą, z silnymi mięśniami, dobrze ubrani, bo cóż z tego, że człowiek cały świat zyska, jeśli na swej duszy szkodę poniesie (por. Mk 8, 36-37). „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie” (Rz 1,17; Gal 3,11; Hbr 10,38). Nie z tego co zapracuję, nie z tego co zdobędę, nie z tego do czego dojdę własnymi siłami. Bo to często jeszcze bardziej nas rani. I sprawia, że wznosimy wokół siebie takie mury samowystarczalności i boimy się strasznie, jeśli ktoś tam palec przeciśnie między tym murem i jakoś nas dotknie, jakąś uwagą, że w czymś wykazujemy jakieś braki. A wtedy odzywa się nasze fałszywe „ja”, które nagle zaczyna głośno krzyczeć, płakać, wierzgać nogami. 
    Bóg mnie zna, Bóg mnie widzi, nie muszę niczego udawać, nie muszę budować muru, że jestem inny. Jestem, jaki jestem, mogę być wolny, Ignacy tego doświadczył. Tak, tylko jako człowiek wolny mogę służyć Panu Bogu. Bóg potrzebuje ludzi wolnych. Kiedyś zapytano ojca de Mello: Proszę ojca, co by zadowoliło ojca, jaka opinia o ojcu ze strony innych? Ojciec de Mello odpowiedział: Piętnaście lat temu cieszyłbym się, gdyby mi powiedziano, że jestem osoba świętą. Dziesięć lat temu cieszyłbym się, gdyby mi powiedziano, że jestem tym, który kocha innych. A teraz ucieszyłbym się, gdyby ktoś o mnie powiedział: oto wolny człowiek.
    Oto cel do którego zmierzamy: wolność. Bo w wolności mogę kochać, mogę służyć, mogę zbierać żniwo Boga, a nie swoje, nie troszcząc się o to, jak zostanę przyjęty, jak zostanę odebrany, co się stanie dalej z tymi, którym towarzyszyłem, których pouczałem, których wychowywałem.  
    „Błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je”. To Słowo stworzyło cały wszechświat, stworzyło mnie, każdego z nas. Kiedyś z ust Boga pierwszy raz padło imię każdego i każdej z nas. I dzisiaj w czasie Eucharystii Bóg znowu na nowo wypowiada to imię będąc po uszy zakochany w każdym i w każdej z nas. To musi być na pierwszym miejscu, a dopiero później, daleko, daleko potem, nasze działanie. Działanie w wolności, nie z przymusu, nie z obowiązku, ale wypływając z radości, z tego, że Bóg mnie kocha i przyjmuje takim jakim jestem. Wtedy unikniemy aktywizmu, wywyższania się nad innymi, manipulowania, wyciągania korzyści z wiary.
    To wszystko jest nieważne, w pewnym sensie, najważniejsze jest, aby uwierzyć w miłość Boga, a ona mnie przemieni, ona mnie oczyści, ona mnie poprowadzi, ona mi pokaże co ja mam robić i jakich środków użyć. I tego doświadczył św. Ignacy. I on chce nas  tą drogą pociągnąć.
    Dziękujmy Panu Bogu za nasze życie, za to że istniejemy, że nas stworzył, że zaprosił nas do takiej głębokiej przyjaźni ze Sobą, że nas nazywa już nie sługami, ale przyjaciółmi, umiłowanymi, wybranymi (por. J 15, 12-15).