Tomasz Olchanowski

DEMON PRZYWIĄZANIA

                                                                     „Odkąd to nie przywiązuję się do niczego,

                                                                     niczego mi nie brak.

                                                                        Odkąd niczego nie chcę dla miłości własnej,

                                                                      wszystko mam bez szukania.”

                                                                     św. Jan od Krzyża

 

Właściwie przez większość mistyków Wschodu i Zachodu przywiązanie jest traktowane jako największy wróg życia. Przywiązanie to zesztywniała forma pożądania, przytępiajaca wrażliwość potrzeba uczepienia się, lgnięcia do, narkotyk substancjalny bądź mentalny, który przesłanie percepcję. Za pomocą opętującego nasze umysły przywiązania, zwabiamy samych siebie w pułapki i zamieniamy życie w piekło, za które winimy los, innych ludzi, ideologie czy nawet Pana Boga.

wzch białystokWarto zwrócić uwagę na to, do czego  człowiek może być przywiązany, by wyraziście zobaczyć, że poprzez przywiązanie nie tylko unieszczęśliwiamy samych siebie, ale i przysparzamy cierpienia innym, również stworzeniom odmiennych gatunków. Stajemy się kreatorami destrukcji, opanowanymi iluzorycznymi ambicjami i nienasyconymi apetytami. Przywiązujemy się chorobliwie do osób: matki, ojca, żony, dzieci, rodzeństwa, przyjaciół, znajomych (krąg rodzinny i krąg towarzyski); do dóbr materialnych (przedmioty materialne, posiadłości, pieniądz sam w sobie i jako potencjalny środek nabywczy); do rang i zaszczytów (uznanie, aprobata, szacunek, nagrody, tytuły naukowe, zawodowe, oficerskie, przywileje etc.); do idei, opinii i sądów (przekonania, czyli nasze introjekcje, projekcje i racjonalizacje); do substancji zmieniających nastrój (narkotyki, leki przeciwdepresyjne i inne „cudowne” mikstury); do ćwiczeń fizycznych, ascetycznych, medytacji i kontemplacji; do obrazu siebie (mniej lub bardziej odszczepionego od realnego „ja”); do cielesności (bardziej lub mniej zatrzymanej w czasie, do obrazu swego ciała, które pragniemy zachować wbrew zegarowi biologicznemu w młodzieńczej fazie rozwojowej). 

Dramatem jest to, że daliśmy się oszukać i wciąż się oszukujemy, że przywiązanie jest czymś niezbędnym do życia, że przywiązanie jest oznaką zdrowia psychicznego. Nieraz przedstawia się nam jako ideały osoby zależne od opinii społecznej, od zaszczytów i uznania społecznego. Dzieje się tak dlatego, że przywykliśmy sądzić, iż wyzwalając się od przywiązania od razu zmierzamy na przeciwległy biegun – ku alienacji, depresji, izolacji od świata i ludzi, ku niezdolności do przejawiania uczuć i patologicznej bezwrażliwości. Tymczasem, dokładnie pośrodku, pomiędzy przywiązaniem a bezwrażliwością, znajduje się to, co najważniejsze – zdrowy dystans do osób, zdarzeń i rzeczy. Jeżeli ktoś goni za pragnieniami – napotka niepokój, irytację, uzależnienie i szaleństwo. Jeśli zaś nie będzie zaspokajał swych pragnień – zachoruje psychicznie. Co zatem mamy czynić? I tak na przykład poszukiwania duchowe współczesnego człowieka polegają na wprowadzaniu swego umysłu w zamęt i na tym zazwyczaj się kończą. Zachłanność na doświadczeniu duchowe i tworzenie obrazu Boga na podobieństwo swoich pragnień prowadzi do zgubnej myśli, od której zaczyna się schodzenie człowieka poszukującego na manowce, że jestem lepszy niż ci, którzy piją alkohol, palą papierosy i używają seksu. Zatem przywiązanie i miłość własna są przyczyną naszej ślepoty i poczucia wybrakowania.