Jezu, zmiłuj się!
Bóg mój i wszystko moje!
O bonitas!
Panie Jezu Chryste, Synu Dawida, Zmiłuj się nade mną!
Jezu ufam Tobie!
Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu!Maranatha!
Jezus!
Bóg!


Pytania
 

 

Czy jako młody człowiek zdawałem sobie sprawę z tego, że w moim codziennym życiu podczas pracy, podróży autobusem, pociągiem, podczas spaceru, odpoczynku, porannej kawy, czytania gazet, oglądania telewizji, a nawet podczas kąpieli może być obecna modlitwa?

Czy mieściło mi się w głowie, że są na tym świecie ludzie, którzy modlą się nieustannie? A gdyby ktoś mi powiedział, że ja, takie małe, grzeszne, niedoskonałe stworzenie, będę podążał tą samą drogą co oni, czy wziąłbym takiego kogoś na poważnie, czy raczej uznałbym za nieszkodliwego wariata? Gdzież mi do takich wielkich ludzi, jak ja mógłbym z moimi rozproszeniami, moim lenistwem i całą moją osobowością nerwusa zająć się taką modlitwą?

Na szczęście nie nam przypadło w udziale sądzić i decydować, kto jaką ścieżką będzie szedł przez życie. Nasz wybór to przyjęcie lub odrzucenie Jezusa jako Pana, Zbawiciela, Mistrza. Wszystko, co dzieje się później, jest w rękach Boga, choć z początku może się wydawać inaczej. Teraz, z perspektywy czasu widzę, jak było…


Jak było…
 

Na pytanie, kiedy zacząłem, trudno mi odpowiedzieć. Nastoletni licealista czyta streszczenie „Opowieści pielgrzyma” (rosyjskiego, żeby nie było wątpliwości) i zachwyca się, a jednocześnie czegoś obawia. „Czy to dla mnie? Czy poradzę sobie? Czy to nie jest niebezpieczne?” Podejmuje pierwsze nieśmiałe próby „modlitwy jezusowej”. Na początku pojawia się zachwyt nad jej prostotą i niesamowite wrażenie uświęcenia całego świata, wynikające z tego, że do tej pory jedynymi miejscami modlitwy były kościół i cichy zakątek własnego pokoju, a nie autobus, park czy korytarz w liceum. Ale pojawia się także lęk, czy to, co robi, jest dobre? Nigdy nie słyszał z żadnej ambony, na żadnej lekcji religii o czymś takim! Może uległ herezji i nawet jeśli nie nagrzeszy zbytnio w życiu - przez taką praktykę  i tak pójdzie do piekła?


Watpliwości
 

Dzisiaj nie mam już takich wątpliwości, ale doskonale rozumiem, skąd się biorą. Każdy człowiek wychowany w kulturze zachodniej odruchowo stawia rozum na pierwszym miejscu: przed intuicją, przed uczuciami, przed wszystkim, co związane z cielesnością. Czy mieści się komuś takiemu w głowie modlitwa nieustanna? Jak można modlić się nieustannie, jednocześnie nie będąc mnichem a najlepiej pustelnikiem? Przecież praca, codzienne czynności, obowiązki wypełniają niemal całe nasze życie. A i na rozrywkę trzeba znaleźć czas! Przecież nauczono nas, że na modlitwie mamy być skupieni - a jak być skupionym nieustannie? Czy dopuszczalne jest, aby mamrotać coś tam pod nosem lub powtarzać w myślach, jednocześnie zajmując się czym innym? Czy takie coś można nazwać modlitwą? Czy robiąc coś takiego, nie stajemy się „gadatliwi jak poganie”?

Niestety, tego typu pytania zadają nie tylko licealiści. Także zaangażowani w życie Kościoła świeccy chrześcijanie, a nawet osoby duchowne,  w tym owe często występujące w mediach, po dziś dzień kwestionują KAŻDĄ modlitwę, która nie angażuje naszego umysłu w całości. Jeżeli się modlimy, nie możemy w tym czasie robić nic więcej – koniec, kropka, amen!

Obecność Boga 

Żeby nie było nieporozumień – każdy chrześcijanin powinien znaleźć czas poświęcony wyłącznie na modlitwę. Nie będzie tak, że wynajdziemy sobie mantrę, która zastąpi wszystkie formy kontaktu z Bogiem. Przecież każdy katolik uczestniczy we mszy świętej. Codzienny „pacierz”, różaniec, koronka – wszystko to jest potrzebne, konieczne. Modlitwa nieustanna może być jedynie czymś ponad to, uzupełnieniem. A jeżeli poświęcimy jakiś czas wyłącznie na powtarzanie słowa, formuły, mantry (nazwijcie to jak chcecie) – 
- stanie się ona medytacją. Tak czy owak powinniśmy znaleźć czas, który poświęcimy wyłącznie Bogu, tak jak powinniśmy znajdować czas na rozmowę z bliskimi. Rozmowę, która skupi całą naszą uwagę, a nie będzie towarzyszyć pracy, biesiadowaniu, zmywaniu naczyń czy innym codziennym zajęciom. Nie, nie po to jest modlitwa nieustanna, aby zastąpić inne modlitwy, ale aby w każdej chwili uświadamiać nam obecność Boga. W każdej chwili. W czasie, kiedy spaceruję lub spieszę się do pracy. W czasie, kiedy zajmuję się domowymi obowiązkami. W czasie, kiedy rozmawiam z przyjaciółmi, słucham muzyki, oglądam telewizję. Nawet wtedy, kiedy idę do łazienki, BÓG NIE PRZESTAJE PRZECIEŻ ISTNIEĆ!

Są, rzecz jasna, czynności, które nie pozwalają na jednoczesne powtarzanie słowa modlitwy. Teraz, kiedy siedzę przed komputerem i dzielę się z Wami moim doświadczeniem,  paradoksalnie pisząc o powtarzaniu słowa, nie powtarzam słowa… Ale lata praktyki nie idą na marne – ono gdzieś tam we mnie jest. Przestaję stukać w klawiaturę i słyszę je. Właśnie –
-  słyszę, a nie wypowiadam…


Zacząć i trwać
 

Wspomniany rosyjski pielgrzym otrzymał od swego kierownika duchowego zadanie: powtarzać modlitwę określoną ilość razy w ciągu dnia. Zaczęło się od trzech tysięcy, stopniowo było coraz więcej wezwań, aż doszło do dwunastu tysięcy. Niechaj nikt nie stara się wmówić mi, że był on cały czas skupiony na modlitwie. Doszło przecież nawet do tego, że aby ulżyć ociężałemu umysłowi, zaangażował w ten proces swoją mowę, aczkolwiek powtarzał formułę bezgłośnie –  przedziwna mieszanka modlitwy myślnej i ustnej. Czyżby zasłużył przez to na potępienie? Niby z jakiego względu? Bo nie skupiał się cały czas na modlitwie? Bo nie wyszedł z założenia, że „albo modlę się skupiony, albo nie modlę się wcale”? A może już wtedy, wieki temu, dał się zwieść hinduistycznym sektom propagującym mantrowanie? Nie bądźmy śmieszni…

Tak, lepiej bądźmy poważni, a przede wszystkim odważni. O modlitwie nieustannej mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Mówią o niej święci. Nieśmiało zaczynają wspominać o niej księża. Oby jak najczęściej, bo wielka, stara jak świat modlitwa została przez katolików zapomniana. Praktykowana przez prawosławnych nie jest niestety obecna w naszym Kościele. Szkoda. Przez swą prostotę jest uniwersalna, wszechobecna i potężna. Musimy zrobić tylko jedną rzecz – zacząć.

A zapewniam, że tak na serio zacząć można tylko raz. Później można już tylko trwać. Całkiem niedawno pojawiło się pytanie – skoro różaniec, mszę, koronkę zaczynam od znaku krzyża – dlaczego nie czynię tego znaku zaczynając powtarzanie słowa modlitwy? Dlaczego nie robię tego, kiedy kończę się w ten sposób  modlić?  Odpowiedź  nie pojawiła się od razu. Upłynął pewien czas, zanim uświadomiłem sobie coś bardzo ważnego. Niczego nie zaczynam. Niczego nie kończę. Zacząłem wtedy, kiedy lata temu wybrałem swoje słowo modlitwy spośród tych, które przytoczyłem na początku mojego świadectwa. I kiedyś będę musiał skończyć – na to nie ma rady, bo wraz z kresem życia przyjdzie kres mojej praktyki. Ale kto wie, może się mylę?

Ernest K. Sienkiewicz